Ofiarowanie N.M.Panny [3 kl.]

Inne serwisy:

Krucjata eucharystyczna
KOMUNIKATY
Św. Pius X Rekolekcje ignacjańskie Mały modlitewnik łaciński Krucjata różańcowa Filozofia św. Tomasza z Akwinu Katecheza DVD dla kapłanów Mszalik codzienny
Zawsze wierni nr 11/2006 (90)

„Bóg był dla mnie niezwykle dobry”

Wywiad z J.E. ks. bp. R. Williamsonem FSSPX

Stefan L. M. Heiner: Zacznijmy od początku, Ekscelencjo. Jak wyglądało życie rodziny Williamsonów?

Bp R. Williamson: Moi rodzice nie byli katolikami, ale z całą pewnością wychowali troje swoich dzieci najlepiej jak tylko mogli. Zapewnili mi bardzo dobrą edukację do ukończenia 18., a nawet 21. roku życia.

Ma więc Ekscelencja dwoje rodzeństwa?

Mam starszego i młodszego brata – żaden z nich nie jest katolikiem, ale obaj żyją. Młodszy z moich braci mieszka w Nowej Zelandii, więc rzadko się widujemy, a starszy brat mieszka w Anglii. Regularnie się odwiedzamy.

Jak odnoszą się do tego, że mają brata biskupa?

Nie mają nic przeciwko temu. Są szczęśliwi, że „robię swoje”.

Słyszałem, że w młodości spotkał Ekscelencja doktora Alberta Schweitzera. Czy to prawda?

Tak. W latach 1963–1965 byłem dyrektorem szkoły w Ghanie – znanej wcześniej pod nazwą Złotego Wybrzeża, do momentu uzyskania niepodległości w 1958 r. W trakcie wakacji letnich 1964 r. postanowiłem wybrać się łodzią parową wzdłuż wybrzeża zachodniej Afryki do niedalekiego Libreville, stolicy francuskiego Gabonu, aby złożyć wizytę doktorowi Schweitzerowi. W tamtych czasach był on lokalnym afrykańskim bohaterem misjonarzy – coś jak Matka Teresa tamtych czasów. Spędziłem w jego słynnym szpitalu w dżungli cztery tygodnie – goście zawsze byli tam mile widziani. Udało mi się z nim porozmawiać przy dwóch okazjach. Był postacią interesującą i chociaż nie miał wiary katolickiej, posiadał wręcz znakomite rozeznanie w sprawach politycznych Afryki. Gdy go poznałem, był już w dość podeszłym wieku. Pochodził z Alzacji i świetnie znał się na muzyce – przede wszystkim cenił Bacha. Pamiętam, jak rozmawialiśmy o Beethovenie, którego podziwiał za „modulacje i swobodę orkiestracji”.

Z czego słynął jego szpital?

Jak na dzisiejsze standardy, warunki były tam bardzo surowe, ale pod względem medycznym wniósł wiele dobrego, gdyż był bardzo rozsądnie dostosowany do afrykańskich warunków. Miałem bardzo interesujące wakacje – doktor Schweitzer był niezwykle gościnny.

Niektórzy uważają, iż w nawróceniu Ekscelencji ogromną rolę odegrał Beethoven. Czy to prawda?

Jak najbardziej. Gdyby w latach mojej młodości nie towarzyszył mi Beethoven, nie wiem, czy byłbym dzisiaj katolikiem. Również Mozart bardzo w tym pomógł, a Wagner wprowadził dodatkowy, religijny wymiar.

Czy Wagner nie był ulubieńcem Hitlera i nazistów?

Wagner podobał się Hitlerowi, gdyż jego opery oferują wymiar religijny bez wiary, zastępcze odkupienie.

Kto w operach Wagnera jest odkupicielem?

Zasadniczo – kobieta. Zwłaszcza w „Latającym Holendrze” i „Pierścieniu Nibelungów”.

Dlaczego?

Ponieważ, jak mówi św. Paweł (1 Kor 11), Chrystus jest głową mężczyzny, a mężczyzna jest głową kobiety. Uogólniając, w okresie rewolucji francuskiej nowoczesny mężczyzna odmówił posłuszeństwa Chrystusowi, ale żeby utrzymać wszystko w całości, przez jakiś czas kobieta pozostawała we władzy mężczyzny. „Uratowała” więc sytuację na kolejne sto lat, to jest wtedy, gdy Wagner tworzył swoje opery. W XX wieku, kiedy kobiety miały już dość, pojawiło się „równouprawnienie”. Od tej pory świat drży w posadach.

Wracając do opery – czy jest pomocna katolikom?

Oczywiście, opera nie jest konieczna w życiu katolika. Jednakże, jak każda wspaniała sztuka, zawiera sporo prawdy życiowej. A jak dowodził św. Augustyn, cała prawda należy do katolików, co oznacza, że katolicy mogą czerpać z prawdy, gdziekolwiek ją odnajdą. Opera odzwierciedla duszę ludzką, więc szczególnie w dzisiejszym, coraz bardziej antyludzkim świecie, opera może zapewnić dobre „wykształcenie emocjonalne” – czy też wykształcenie ludzkiego serca – o wiele lepsze, niż jakikolwiek film czy telewizja.

Co jeszcze – oprócz muzyki – wpłynęło na nawrócenie Ekscelencji?

Przede wszystkim lektura Sumy teologicznej św. Tomasza z Akwinu. Znajomy jezuita polecał mi Teilharda de Chardin, dodał jednak, że jeżeli mam ochotę na „coś starszego”, powinienem spróbować św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Zacząłem więc czytać Sumę i spodobała mi się – była absolutnie niesentymentalna. Przyzwyczaiłem się do religii pod postacią sentymentalnych powiedzonek. Tutaj były czyste prawdy, twarde niczym gwoździe. Pokochałem to.

Nawrócił więc się Ekscelencja do Kościoła posoborowego?

Początkowo tak. Zostałem przyjęty do Kościoła na początku 1971 r. dzięki „konserwatywnemu” księdzu. Nie zgadzał się z arcybiskupem Lefebvre’em, ale uważał, że mam powołanie, więc najpierw wysłał mnie do seminarium diecezjalnego, a następnie do pewnego zakonu w Londynie. Gdy jednak wyrzucono mnie po raz drugi, rzekł do mnie swoim ciężkim, irlandzkim akcentem: „Skoro nie potrafisz trzymać gęby ma kłódkę, to pozostało ci tylko jedno miejsce – Ecône”. Tam też trafiłem.

Jakie były pierwsze wrażenia na temat Ecône oraz Arcybiskupa?

Ecône – spokój i porządek. Arcybiskup – promieniujący spokojem i porządkiem.

A inni seminarzyści, których biskup Tissier nazwał w swojej książce grupą „kruchą i zróżnicowaną”?

To byli bardzo dobrzy seminarzyści, niczym odłamki pozostałe po eksplozji lat 60., przyciągnięte przez Arcybiskupa w latach 70. To przyciąganie było bardzo silne, ale bez kultu jego osoby. Żyliśmy spokojną radością i prawdziwym poczuciem celu.

Czy dostrzega Ekscelencja różnicę w charakterach tych, którzy poszukiwali Tradycji w latach 70., a tymi, którzy szukają jej dzisiaj?

Wówczas od czasów przedsoborowych dzieliło nas mniej niż 20 lat, więc Arcybiskup opierał się na pozostałościach porządku i rozsądku świata przedsoborowego. Ponadto walka o Tradycję była wówczas czymś świeżym, wszystko było nowe, Bractwo stanowiło nowość i dopiero szukało swojej drogi. Dziś ta świeżość jest już przeszłością, Bractwo istnieje już 35 lat i działa pełną parą (przykładowo, w samej Francji mamy sześć szkół dla chłopców), a wielu spośród naszych księży i wiernych zagraża rutyna.

Jeżeli chodzi o porządek i rozsądek w otaczającym nas świecie, od lat 70. nastąpiło ogromne zepsucie. Dzisiejszy świat wywiera ciągły, nieugięty nacisk na katolików. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Siedem dni w tygodniu.

Ale czy Bractwo nie stoi twardo na nogach?

Odpowiedź przyjdzie z czasem. W komunistycznej Rosji Kościół musiał zejść do podziemia – na tyle głęboko, na ile się dało. Nie było mowy o parafiach i seminariach katolickich w klasycznym rozumieniu.

Uważa więc Ekscelencja, iż w nieodległej przyszłości będziemy musieli działać w podziemiu?

W mojej opinii jest to prawdopodobne. (...)

Wracając do lat 70., czy mógłby Ekscelencja opowiedzieć o „gorącym lecie 1976”?

W lecie roku 1976 wyświęcono w Ecône pierwszą dużą grupę nowych księży. W 1974 r. wyświęcono tylko jednego czy dwóch, w 1975 – trzech – w 1976 było nas razem czternastu.

Jaka panowała wtedy atmosfera?

O dziwo, nie mam szczególnych wspomnień, być może dlatego, że my, kandydaci do święceń, znajdowaliśmy się w martwej strefie „oka cyklonu”. Z drugiej strony – Arcybiskup był w bardzo trudnym położeniu. Mimo to pozostał silny. Wiedział, że stoi na krawędzi, ale nie przestawał nas chronić. Powiedział nam: „Nie kończycie seminarium tylko po to, żebym miał was opuścić. Nie opuszczę was”. Dokładnie pamiętam jego słowa, pewnie dlatego, że były tak bardzo dla niego typowe – bez fanfar czy zbędnej retoryki. Powiedział to bardzo cicho. Dotrzymał danego słowa. Rzym mógł sobie grzmieć, krzyczeć, grozić i straszyć, a media mogły wzniecać globalną aferę – tak jak w 1988 r. – ale Arcybiskup jak zawsze trwał na posterunku.

W 1983 r., będąc w Ridgefield w stanie Connecticut, musiał się Ekscelencja uporać z odejściem z Bractwa siedmiu kapłanów. Minęło ponad 20 lat – jak Ekscelencja patrzy na to dziś?

Wtedy to było spektakularne wydarzenie. Ale życie musiało toczyć się dalej.

Co Ekscelencja sądzi o sedewakantystycznym stanowisku, jakie zajęli ci księża?

Moja postawa wobec sedewakantystów jest mniej krytyczna niż wielu moich kolegów. Nie uważam sedewakantyzmu za największy grzech – często się go wyolbrzymia. W najgorszym przypadku sedewakantyści są pyszni i jałowi, ale są wśród nich także bardzo uczciwi i inteligentni katolicy, którzy po prostu nie mogą uwierzyć, że ostatni papieże to prawdziwi wikariusze Chrystusa.

Jak zapatruje się Ekscelencja na wyświęcanie przez nich biskupów?

Nie mogę powiedzieć, że to mądry pomysł – w przypadku większości z nich. Żyjemy jednak w czasach ogromnego kryzysu. Uważam, że ogrom kryzysu wymaga wielkiej dawki miłosierdzia i współczucia, tyle, ile to możliwe, a z każdym dniem coraz więcej. Arcybiskup był człowiekiem wielkiego miłosierdzia i ufności.

Niektórzy uważają, że był zbyt ufny, kiedy w 1975 r. spotkał się z trzema kardynałami na sądzie kapturowym w Rzymie.

Jego ufności i miłosierdziu towarzyszyła również doskonała umiejętność oceny sytuacji. Przykładowo, wielu kapłanów wyświęconych w latach 70. mogło być rozczarowaniem, a w dzisiejszych czasach po prostu nie przeszliby przez nasze seminaria. Ale nie sądzę, że udzielenie im święceń było błędem – istniała wielka potrzeba kapłanów, a Arcybiskup pragnął, aby Msza mogła być dalej odprawiana, a sakramenty wciąż udzielane... W latach 70. wydawało się, iż cały Kościół znalazł się w rękach wroga. To była niewiarygodna sytuacja!

W biografii Arcybiskupa autorstwa dr. White’a czytamy, że przyszły biskup Lefebvre odczuwał lęk przed biskupstwem. Czy Ekscelencja również się lękał?

Całkowicie ufałem Arcybiskupowi. Gdyby w przeddzień konsekracji przyszedł do mnie i powiedział: „Nie zostaniesz jutro wyświęcony”, nie stanowiłoby to dla mnie żadnego problemu.

Istnieje słynne zdjęcie, przedstawiające całą waszą czwórkę w infułach i z pastorałami, a obok ks. Laisney uśmiecha się szeroko. Co wówczas Ekscelencja czuł?

Zastanawiałem się zapewne, co dalej. Nie jestem biegły w uroczystościach, więc najprawdopodobniej starałem się nie zapomnieć następnego etapu ceremonii.

A co następnego ranka, kiedy obudził się Ekscelencja jako biskup?

Szczerze mówiąc, większą zmianą było dla mnie wyświęcenie z diakona na kapłana, niż z kapłana na biskupa. Możliwość odprawiania Mszy św. jest ogromnym skokiem, porównując z uzyskaniem „tylko” władzy bierzmowania i święceń. Kapłan wstawiający się przy ołtarzu za wiernymi jest samym sercem naszej religii.

Gdy jesteśmy przy kapłaństwie, kilka miesięcy temu ks. Piotr Scott narzekał na małą liczbę powołań na pierwszym i drugim roku seminarium w Goulburn w Australii. Uznał to za przeszkodę w wiarygodnym przedstawianiu Benedyktowi XVI „owoców Tradycji”. Co możemy my, jako świeccy, uczynić, aby zachęcić do powołań?

Obecnie we Francji czy Stanach Zjednoczonych jest wiele powołań. Na południowej półkuli trzeba po prostu trochę poczekać.

Podczas jednego z kazań stwierdził Ekscelencja, że jednym z powodów niskiej liczby powołań może być fakt, iż dzisiejszy świat tłumi pokorę. W jaki sposób dzisiejszy świat wpływa na trudności z powołaniami?

Niszczy niewinność. Ponadto Bóg został zepchnięty na margines, więc ciężko jest dziś przekonać młodego człowieka, aby poświęcił całe swoje życie, małżeństwo, po to, by służyć tak zmarginalizowanemu Bogu. Młody człowiek łatwo dostrzega, co musi poświęcić – życie rodzinne, dzieci, słodką żonę (nawet jeżeli mu się tylko zdaje, że będzie słodka!) etc. Czego nie widzi – to potrzeby zbawiania dusz, ponieważ w dzisiejszym świecie z Boga zrobiono „równego gościa” i nikt dzisiaj nie trafia do piekła.

Ks. Doran podczas prymicji o. Stafki powiedział, iż nie zdobędziemy księży dzięki mamom przedstawiającym swoich synków proboszczowi słowami: „To jest mały Jasio, który będzie księdzem”. W jaki sposób możemy zachęcać do powołań?

Po pierwsze: ojciec rodziny musi traktować religię z należytą powagą. Rozumiem przez to nie tylko jego słowa, ale też przykład, jaki daje swoim zachowaniem. Po drugie: niech matka stworzy dom, w którym religia jest zarówno naturalna, jak nadprzyrodzona – dom, w którym religia przenika współczesne życie, gdyż w przeciwnym razie staje się sztuczna, a dzieci nie lubią sztuczności. A my nie chcemy „sztucznych” księży.

Dlaczego ludzie ciągle powtarzają, że w przypadku porozumienia z Rzymem dojdzie do „schizmy Williamsona”?

Może wielu czuje, że miałbym wielkie trudności w porozumieniu się z neomodernistami, gdyż nie po to zmagałem się z liberalizmem, aby kilka lat później wrócić w sutannie z fioletową obszywką.

Mówi się, że Ekscelencji brak romanitas, miłości do Rzymu, a krytyka Ekscelencji wobec Kurii Rzymskiej jest nadmiernie wroga z dwóch powodów: 1° Ekscelencja jest byłym anglikaninem, a anglikanizm skupia się na episkopacie; 2° nawrócił się Ekscelencja w nieszczęśliwym okresie, w którym zostaliśmy pozbawieni katolickiego papieża.

Oczywiste jest, że żywię mniej pietyzmu wobec Rzymu niż wielu innych katolików. Jednakże, z drugiej strony, w mojej opinii prawda niekoniecznie łączy się z pietyzmem. Z całą pewnością zasadniczą kwestią w Kościele zawsze jest prawda. Konwertyci mogą mieć swoje słabe, ale też i mocne strony!

Porozmawiajmy o „nowym etapie” w relacjach pomiędzy Bractwem Św. Piusa X a Kurią Rzymską, datującym się od pielgrzymki jubileuszowej w 2000 roku. Jakie były i są wrażenia Ekscelencji dotyczące kardynała Castrillona Hoyosa?

Sednem sprawy jest to, co powiedziałem mu podczas uroczystego obiadu, 11 sierpnia 2000 roku: „Eminencjo, mamy dwie różne religie!”. „O, nie!” – odparł. Później wrócił do tego wątku, mówiąc, że „mamy tego samego Boga, Jezusa Chrystusa, ten sam Kościół i tę samą Eucharystię”. Sądzę, że w ten sposób chciał odpowiedzieć na moje wcześniejsze obiekcje.

Czy w trakcie spotkania odnosił się Ekscelencja do kardynała z szacunkiem?

Tak sądzę. Uważam, iż wysokim przedstawicielom Kurii powinno się okazywać szacunek. Jak mówi Chrystus Pan, zasiadają oni na katedrze Mojżesza.

Wróćmy do lat 2000–2002 i ks. Aulagniera. Czytałem o jego zażyłości z Arcybiskupem, czy mogę zatem zapytać, co się stało? Czy to prawda, że zakazano mu publicznego odprawiania Mszy św. w kaplicach Bractwa?

Tak sądzę. On sam odseparował się od Bractwa, gdyż mocno wierzył w porozumienie w rodzaju Campos między Bractwem a Rzymem.

Przypomina to więc sprawę ks. Bisiga, również byłego asystenta Bractwa, który współtworzył Bractwo Św. Piotra.

W rzeczy samej – było to niedocenianie ważności doktryny, która zwraca się przeciwko „pietyzmowi” względem Rzymu.

Porozmawiajmy może teraz o roku 2003 i Campos. Czytałem niedawno w Mouth of the Lion o młodym, porywczym księdzu noszącym nazwisko Rifan. Jakiś czas temu portal internetowy AngelQueen zamieścił wywiad z posoborowym biskupem noszącym imię Fernando. Czy ktoś mógłby mi wyjaśnić, co bp Fernando zrobił z ks. Rifanem?

Pisałem na ten temat w liście z Winona, zatytułowanym „Campos upadło”, dostępnym na stronie SSPX.org. W skrócie, od 1991 r. Campos zostało pozbawione oparcia, którym był biskup de Castro Mayer. Mówi się także, że brazylijscy księża generalnie przyzwyczajeni są do naśladowania. Szli więc za przewodnikiem, aż ich wyprowadzono w pole.

Tyle, jeżeli chodzi o znaną Deklarację księży z Campos. Ich „pojednanie” stanowi de facto przyznanie się, że byli w błędzie, i jest hańbą wobec dziedzictwa biskupa de Castro Mayera.

„Pięćdziesiątyzm”1 wrócił, by zemścić się ze zdwojoną siłą. Ale nie rozpaczajmy nad wszystkimi księżmi z Campos. Jak powiedział dr White, zrobili zbyt wiele dobrego, żeby wszystko miało pójść na marne.

Pomówmy teraz o latach 2004–2005, długiej chorobie papieża Jana Pawła II i wyborze Benedykta XVI. W przeciwieństwie do biskupa Tissier, Ekscelencja nie spotkał się nigdy z Józefem Ratzingerem – ani jako biskupem, ani kardynałem, ani też papieżem?

Zgadza się.

W innym liście z Winona, z 1999 r., pisze Ekscelencja o jego autobiografii (polski tytuł Moje życie – przyp. red.).

Tak. Stwierdziłem tam, że historia jego życia „jest ważna dla wszystkich katolików, gdyż ukazuje, jak słabi są ci nawet pozornie najlepsi, gdy trzeba bronić wiary. Mają najwyraźniej dobrą wolę, ale nie są już w stanie bronić czegoś, czego nie rozumieją.

Przypomina mi to zdanie Arcybiskupa z książki biskupa Tissier, dotyczące konfrontacji z kardynałem Ratzingerem odnośnie do wolności religijnej: „Dla nas Chrystus Pan jest wszystkim. Jest naszym życiem. Kościół jest Chrystusem, ksiądz jest drugim Chrystusem, Msza jest zwycięstwem Chrystusa na krzyżu, w naszych seminariach wszystko sprowadza się do Pana Jezusa. Ale wy! Wy robicie dokładnie odwrotnie! Chcecie mi udowodnić, że Pan Jezus nie powinien, nie może królować nad społeczeństwem”.

Wspominając ten incydent, Arcybiskup opisał postawę kardynała Ratzingera w następujący sposób: „Spoglądał na mnie w bezruchu, wzrokiem pozbawionym wyrazu, jakbym zasugerował coś niepojętego, niesłychanego” (s. 548).

W rzeczy samej – nie mogą bronić czegoś, czego już nie rozumieją.

Wielu moich znajomych z internetu dało się ponieść fali entuzjazmu spowodowanego indultem generalnym – przykładowo w Wielkim Tygodniu ludzie sprawdzali niektóre strony internetowe 2–3 razy dziennie, opierając się na wiadomościach z włoskiej prasy. Ja byłem i pozostaję sceptyczny. Mimo to mamy za sobą ciekawą drogę – od „dzikiego seminarium” do niemal powszechnej opinii, że zgoda na prawdziwą Mszę pozostaje jedynie kwestią czasu. Jakie jest zdanie Ekscelencji?

Może się mylę, ale popieram indult generalny. Msza trydencka ma wielką moc i wdzięk. Uwolniona, obroni się sama. Popłynie o wiele więcej łask.

Z drugiej strony, wiele kwestii zostanie rozmytych, stracą swój wyraz. Dziś są jasne, oddzielają prawdziwą Tradycję od jakiegokolwiek kompromisu. Także sama teza, iż Msza trydencka potrzebuje indultu, jest fałszywa. Niemniej jednak uważam, iż więcej dobra niż zła wyniknęłoby z „uwolnienia” prawdziwej Mszy.

Pomówmy o tegorocznym zebraniu Kapituły Generalnej Bractwa Św. Piotra. Uważam, że nie było to wydarzenie dużej wagi, choć moi bardziej umiarkowani znajomi, osobiście zaprzyjaźnieni z ks. Bergiem, nowym przełożonym generalnym, twierdzą, iż prezentuje on „twardą linię”. Nie wiem, jak ktoś taki mógłby pozostawać w zgromadzeniu, które akceptuje poprawność nowej Mszy jako element swojej racji bytu, ale może jestem zbyt surowy?

Być może Rzym nie mieszał się tym razem do spraw Bractwa Św. Piotra, gdyż uważał, że ma nad nim wystarczającą kontrolę. Jeżeli chodzi o Bractwo Św. Piotra – sądzę, że się wzmacnia. Większość ich księży może odczuwać wielką niechęć do orientacji i nauki „nowego Kościoła”.

Przejdźmy teraz do Kapituły Generalnej Bractwa Św. Piusa X – co oznacza reelekcja biskupa Fellaya?

Negatywnie patrząc – co najmniej brak rzeczywistej alternatywy. Pozytywnie – pragnienie części przełożonych Bractwa, aby podążało obraną kilka lat temu drogą.

Zmieńmy temat. Święci Atanazy i Euzebiusz wyświęcili biskupów i przekazali im jurysdykcję w czasach kryzysu. Kościół zareagował na te działania kanonizowaniem ich. Niektórzy uważają, iż bractwo powinno ustanawiać własnych biskupów z jurysdykcją. Czy to jest w porządku?

Po pierwsze, Bractwo nie może dać jurysdykcji zwyczajnej, której samo nie posiada. Po drugie, w obecnych okolicznościach – skrajnie odmiennych od panujących w IV wieku – Arcybiskup wolał uniknąć ustanawiania jurysdykcji, aby uniknąć nawet najmniejszego pozoru schizmy.

W zakończeniu książki The Great Facade Krzysztof Ferrara postuluje, żeby użyć Bractwa do zreformowania Kościoła, tak jak miało to miejsce w przypadku Cluny. Czy możemy mieć na to nadzieję?

Istnieją ciekawe punkty styczne. Kościół zdecydowanie potrzebuje odnowy. Z pewnością nasze Bractwo zachowało to, do czego reszta Kościoła musi ostatecznie wrócić. Jednakże Cluny było przedsięwzięciem długookresowym, wprowadzanym przez tysiące świętych mnichów na przestrzeni dwóch stuleci. Bractwo ma jednak teraz nie tak wiele powołań i może nie mieć tyle czasu na wywarcie wpływu porównywalnego z tym, jaki wywarło Cluny.

Niektórzy uważają Ekscelencję za krótkowzrocznego fatimistę – że na swoją szkodę spogląda Ekscelencja na wszystko przez pryzmat Fatimy.

Wielkie nieba! Czyż Fatima nie jest jednym z dwóch wyjątkowych świateł, rozjaśniających nam ciemne wieki XX i XXI? W 1907 r. Bóg podarował nam, poprzez Piusa X, encyklikę Pascendi. Dziesięć lat później wysłał Matkę Boską do Fatimy. Jeżeli chce Pan nazywać mnie fatimistą, proszę nazywać mnie także pascendistą!

W 2005 r. bp Alfons de Galarreta powiedział podczas kazania w Winona, że rewolucja w Kościele weszła w epokę napoleońską, co mogłoby oznaczać, że rewolucja uległa instytucjonalizacji. Czy Ekscelencja zgodzi się z tym?

To ciekawe porównanie. Napoleon był siłą napędową rewolucji. Rozprzestrzeniał ją wszędzie pod płaszczykiem imperializmu. Podobnie Jan Paweł II, a teraz Benedykt XVI, utrwalili soborową rewolucję w Kościele.

Ekscelencjo, wracając do wywiadu, jaki przeprowadziłem w kwietniu z biskupem Tissier dla „The Remnant”: w odpowiedzi ks. Antoni Cekada napisał artykuł, mówiący, iż biskup Tissier nie dostrzega konsekwencji głoszenia herezji. Czy to uczciwa opinia?

Biskup Tissier z pewnością powiedziałby, że to, co nazywa herezją Benedykta XVI, ma jak najbardziej śmiertelne konsekwencje – mówiąc wprost: zniszczenie Kościoła!

Co w takim razie ks. Cekada mógł mieć na myśli?

Widząc dzisiejsze zniszczenie Kościoła, ks. Cekada stwierdza, że Benedykt XVI nie może być prawdziwym papieżem. Ks. Cekada zapewne chciałby, aby bp Tissier sformułował identyczne wnioski.

Kto ma zatem rację?

Osobiście uznaję, iż Benedykt XVI jest prawdziwym papieżem, więc moim zdaniem rację ma biskup Tissier.

Co w takim razie z herezją Benedykta XVI?

Po to, by ktoś przez herezję postawił się poza Kościołem – co oznaczałoby, że osoba taka nie może być głową Kościoła, czyli papieżem – musi wiedzieć, że zaprzecza temu, co uważa się za zdefiniowany dogmat wiary katolickiej. Stać się i wciąż być katolikiem – to wybór. Skoro wiem, w co musi wierzyć katolik, i odmawiam tej wiary, wówczas wybieram herezję i opuszczam Kościół.

Więc ks. Cekada uważa, iż jest to przypadek Benedykta XVI, a Ekscelencja, że nie?

Dokładnie.

Dlaczego?

Ponieważ współczesne umysły są bardzo chore, a Benedykt XVI ma taki właśnie umysł, podobnie jak miliony ludzi, w tym otaczający go dostojnicy kościelni.

Po pierwsze: na czym polega to schorzenie, po drugie: dlaczego Benedykt XVI nie jest go świadom?

Schorzenie sprowadza się do opinii, że nie ma jednej obiektywnej prawdy, całkowicie wykluczającej błąd. Na przykład mogę wierzyć, iż dwa plus dwa daje cztery, ale mogę też sądzić, że daje pięć lub sześć, lub nawet sześćset tysięcy. „Prawdą” jest to, co tworzy mój umysł. Jednak umysł został stworzony dla poznania obiektywnej prawdy, tak jak płuca stworzone są dla tlenu, więc jak płuca bez tlenu są śmiertelnie chore, tak też umysł bez obiektywnej prawdy umiera.

W jaki sposób możemy to dostrzec u kogoś takiego jak Benedykt XVI?

Benedykt XVI uważa, że prawda katolicka może ewoluować. Przykładowo, bardzo poważne twierdzenia wiary katolickiej, których nie można zmienić, jak Syllabus lub Pascendi, nazywa zaledwie „ważnymi punktami odniesienia” dla doktryny Kościoła, co znaczy, że Kościół może zakotwiczyć się w nich – i zwykle to robił – ale we współczesnym świecie Kościół potrzebuje nowych „przystani”. Nie zauważa, że antymodernistyczna doktryna jego poprzedników jest z natury niezmienna i nawet papież nie może jej podważyć. Jego biedny umysł, choć utalentowany, choruje z powodu tej modernistycznej – w szczególności niemieckiej – filozofii, która odcina umysł od przedmiotu poznania, niczym płuca od tlenu.

Jednak – i to było moje drugie pytanie – jakim cudem Benedykt XVI może nie być świadom tego stanu? Jest wykształconym człowiekiem, wysokim dostojnikiem kościelnym, uczonym w filozofii i teologii!

Tak, ale podobnie jak wielu dostojników kościelnych, nawet sprzed II Soboru Watykańskiego, uczono go złej filozofii. Od kiedy w naszym chorym stuleciu zła filozofia (dwa plus dwa to cztery, ale może być i pięć) stała się normą, Benedykt nie może sobie wyobrazić, że się myli. Gdy Jan Paweł II promował „konserwatywny” styl posoborowy, 2000 biskupów chwaliło go za to, a drugie 2000 – ganiło. Jedynie dwóch biskupów było na tyle odważnych, aby zaprotestować i powiedzieć mu prosto w twarz, że nie był naprawdę konserwatywny. Mówiąc po ludzku, jak mógł wierzyć, że tych dwóch biskupów było normalnych, a 4000 nie? Jak mógł nie myśleć, że jest „normalny”?

No właśnie – jak?

W starych dobrych czasach katolicki papież umieszczał w Świętym Oficjum bardzo inteligentnych i ortodoksyjnych teologów, a ci przesłuchaliby neomodernistę w ten sposób: „Napisałeś, iż Pascendi jest tylko «ważnym punktem odniesienia». To prowadzi do herezji. Albo się wycofasz, albo papież skorzysta z prawa ekskomuniki. Proszę, wybieraj”. I – w obliczu informacji o herezji – neomodernista musiałby wybrać.

Innymi słowy, heretyk może być po prostu zaślepiony, ale Kościół zwykł korzystać z danego mu przez Boga prawa do uświadomienia heretykowi, że jest heretykiem.

Właśnie. Ale ten ostateczny środek jest niedostępny dla dzisiejszych dostojników kościelnych, bo to oni są władzą! W 1970 r. arcybiskup Lefebvre powiedział do posoborowego Świętego Oficjum, kiedy przesłuchiwano go z powodu jego sprzeciwu względem soboru: „To ja powinienem siedzieć na waszym miejscu, a wy powinniście siedzieć na moim!”. Arcybiskup nigdy nie stracił kontaktu z obiektywną prawdą katolicką!

Czy ludzie Kościoła, jak np. Benedykt XVI, są całkowicie niewinni, pomimo tego, co czynią?

Tego nie powiedziałem. Skoro są władzą Kościoła, to zgodnie z logiką Pan Bóg daje im wszelkie łaski potrzebne do właściwego kierowania Kościołem. Jeżeli wprowadzają Kościół w błąd, to odrzucają te łaski, co znaczy, że w sumieniu nie mogą być niewinni. Ale wkraczamy na tereny, na których jedynie Bóg może wydać osąd.

Po tej długiej, lecz owocnej dygresji, czy mogę dalej zapytać, dlaczego „reforma reformy” Benedykta XVI jest chybiona?

Ponieważ to półśrodek. [Zaczyna śpiewać] „U mnie wszystko albo nic / Czy u ciebie wszystko albo nic? / Nie może być nic pomiędzy / Nie może być raz tak, raz inaczej / Połowiczna miłość nie działa”2.

Tak więc, Ekscelencjo, wszystko sprowadza się do frywolnej dziewczyny z musicalu „Oklahoma!”.

W operze, a nawet w musicalach, można czasem znaleźć mądrość!

Wiemy, że jest Ekscelencja zwolennikiem „indultu generalnego”, pierwszego, wstępnego warunku porozumienia z Rzymem. Jeżeli chodzi o drugi warunek – jak sobie radzić z „ekskomunikowaniem”? Niektórzy twierdzą, że nacisk, jaki Bractwo kładzie na „ekskomuniki” z lipca 1988 r., to tylko dowód pychy – niczym dziecko, które chce powiedzieć: „Widzicie! Mówiłem, że mieliśmy rację!”. Czy to jest kwestia pychy?

Nie. To jest kwestia prawdy. Twierdzić, że chociaż jedna z ekskomunik była słuszna, to tak jakby orzec, iż 18 lat temu Rzym miał rację, a Arcybiskup, broniąc wiary – nie. To sama wiara domaga się wyrażenia w słowach, w tym przypadku, przykładowo, w słowach: „Rzym wycofuje dekret o ekskomunice”.

W kwietniu bp Tissier powiedział, że biskupi Bractwa „nie mają żadnej roli przywódczej”. Także abp Lefebvre jasno stwierdził, że czterej wyświęceni przez niego biskupi nie otrzymali jurysdykcji, tylko władzę święceń i bierzmowania. Jednak wydaje mi się, że urząd biskupa sam w sobie wymaga zarządzania. Spoglądamy na biskupów Bractwa, oczekując przywództwa, przewodnictwa i rady. I robilibyśmy tak, nawet, gdyby zamiast biskupa Fellaya wybrano księdza, gdyż jako świeccy, nie podlegamy Przełożonemu Generalnemu. To nie brak szacunku, to jedynie potwierdzenie faktu, że urząd biskupi jest większy niż Bractwo. Służą oni Kościołowi z zasady, po prostu istniejąc. Kościół wymaga – w jakiś sposób – od każdego biskupa roli przywódczej. Jak Ekscelencja to widzi?

Biskupi Bractwa służą Bractwu. Biskupi Kościoła katolickiego służą Kościołowi katolickiemu.

Jakieś końcowe wnioski dotyczące 30 lat kapłaństwa Ekscelencji? Za co Ekscelencja jest wdzięczny, czego żałuje?

Bóg był dla mnie niezwykle dobry przez te 30 lat, a także przez poprzednie 36! Nie żałuję niczego, poza wszystkimi grzechami i niewiernościami. Ω

Wywiad prowadził Stefan L. M. Heiner. Przełożył Konstanty Golik.

Przypisy:

  1. Neologizm chętnie używany przez bp. Williamsona, oznaczający kompromis i letniość, charakterystyczną dla życia kościelnego w latach 50. XX w.
  2. Fragment songu Willa Parkera z komedii Richarda Rodgersa i Oscara Hammersteina „Oklahoma!”.
Neologizm chętnie używany przez bp. Williamsona, oznaczający kompromis i letniość, charakterystyczną dla życia kościelnego w latach 50. XX w.
Fragment songu Willa Parkera z komedii Richarda Rodgersa i Oscara Hammersteina „Oklahoma!”.
Strona głównaKapliceKomunikaty duszpasterskieMultimedia„Zawsze Wierni”KontaktKsięgarnia wysyłkowa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X

© 1997—2017 Wydawnictwo Te Deum sp. z o.o.