Ofiarowanie N.M.Panny [3 kl.]

Inne serwisy:

Krucjata eucharystyczna
KOMUNIKATY
Św. Pius X Rekolekcje ignacjańskie Mały modlitewnik łaciński Krucjata różańcowa Filozofia św. Tomasza z Akwinu Katecheza DVD dla kapłanów Mszalik codzienny
Zawsze wierni nr 5/2013 (168)

ks. Karol Stehlin FSSPX

Chcesz zmienić świat? Walcz o swoją świętość!

Drodzy Czytelnicy!

Już w Księdze Apokalipsy św. Jan opisał kierunek, w jakim podąża ludzkość wyrzekająca się Boga: triumfuje wówczas barbarzyństwo, doprowadzając ludzi do ruiny i do duchowej śmierci jeszcze za życia. Od początku chrześcijaństwa wiadomo, że ludzie aż do końca świata będą doświadczać pokus. Kiedy są oni coraz mniej świadomi konieczności walki z pokusami, tym bardziej będą ulegać ich zgubnemu wpływowi. I chociaż wiemy, że ostatecznie dobro zwycięży, to jednak roztropność chrześcijańska wymaga od nas, abyśmy rozumieli, że bieżące wydarzenia polityczne oraz zjawiska społeczne są właśnie realizowaniem się proroctw św. Jana. Upadek życia duchowego, jakiego jesteśmy świadkami, dokonuje się zatem za wiedzą Boga. Jednocześnie hojnie udziela On nam wszystkiego, co jest potrzebne do naszego ratunku i do zbawienia.

Grzech jako znak samorealizacji

Tworzona przez ludzi kultura i cywilizacja powinna dopomagać w osiągnięciu nieba, a nie zagradzać do niego drogę. Kultura (z łacińskiego colere, cultus — kształtowanie, wychowywanie, pielęgnowanie) dotyczy duchowego doskonalenia człowieka. Cywilizacja zaś (z łacińskiego civis — członek społeczności) odnosi się do różnych sposobów organizacji i doskonalenia materialnej sfery życia ludzkiego. Trzeba podkreślić, że te dwa aspekty — kultura i cywilizacja — przenikają się nawzajem, a razem obejmują całokształt życia ludzkiego, które dokonuje się zarówno w wymiarze duchowym, jak też fizycznym. Coraz wyraźniej widzimy, że zamiast kultury mamy jednak „antykulturę”, a zamiast cywilizacji — „antycywilizację”. Nie służą one dobru ludzkości, ponieważ pozostają na służbie złych duchów i przewrotnych ludzi; są wrogami wszystkiego co dobre, prawdziwe i piękne. Kościół ma obowiązek toczyć z nimi walkę. I do ostatniego soboru (rozpoczętego w 1962 roku) czynił to. Mimo tego, iż na tym soborze jednostronnie ogłoszono „odprężenie” w relacjach ze światem, to jednak katolicy wierni Tradycji nie przyjęli tej nowej optyki. Od ponad 50 lat kontynuują walkę o przywrócenie Tradycji i o społeczne panowanie Chrystusa. Istotne jest nie tyle to, kiedy, a nawet czy w ogóle zdołamy zbudować powszechną, globalną, chrześcijańską kulturę i cywilizację — ważne, byśmy w tym kierunku podejmowali wszelkie możliwe starania. Resztę pozostawmy wszechmogącemu Bogu. Nawet z naszych niewielkich wysiłków, modlitw i ofiar Pan Bóg może wyprowadzić powszechne dobro. Istnieje jedna, główna przyczyna, jeden korzeń, z którego rozwinęła się obecna „antykultura” i „antycywilizacja” — grzech. W naszych czasach formalizuje się go, podnosi do rangi normy postępowania. W wielu wypadkach czyny złe, grzeszne przedstawiane są jako czyny neutralne, moralnie obojętne. Z przestrzeni publicznej w zasadzie w ogóle wyeliminowano samo słowo „grzech”. To co w oczach Bożych jest grzechem, świat traktuje jako znak samorealizacji i prawo człowieka. Ludzkość zniewolona duchem świata

Matka Boża w 1917 roku w Fatimie ostrzegała przed błędami rozpowszechnianymi z Rosji na cały świat. Był to czas, kiedy krwawe idee rewolucyjne znajdowały w tym kraju coraz więcej zwolenników. Destrukcyjne teorie stały się tam bezbożną praktyką, a miliony prostych ludzi zostały zmuszone do przyjęcia zła jako normy postępowania. Właśnie to odwrócenie porządku Bożego, zapoczątkowane przez rewolucję bolszewicką, rozlało się po świecie i zatruło wiele dziedzin życia — naukę, sztukę, politykę, ekonomię, edukację — tworząc świat takim, jakim znamy go dzisiaj. Oczywiście, nie cały świat jest objęty ideologią komunistyczną, nie wszędzie powiewają czerwone flagi, jednak trudno znaleźć zakątek całkowicie wolny od takiego czy innego błędu propagowanego przez marksistów. W obecnej sytuacji, z jednej strony widzimy, jak osoby, które poddały się fałszywym ideom, żądają prawa do uśmiercania nienarodzonych dzieci; prawa do zabijania chorych i niepełnosprawnych; prawa do uznania homoseksualnych wynaturzeń za normalny sposób życia; prawa do wprowadzania ideologii gender już nawet do przedszkoli. Z drugiej natomiast strony, mamy miliony osób w różnym stopniu uzależnionych, złamanych duchowo i moralnie, zmagających się z chorobami psychicznymi, depresjami czy nerwicami. Tak oto wyłania się przed nami obraz antykultury i antycywilizacji, które są tworzone przez niewolników grzechu, chcących uprawomocnić swoje błędy, fałsz i złe postępowanie. A dusze najbardziej niewinne — dusze dzieci — chcą pociągnąć za sobą ku nieszczęściu i zagładzie. O niewolnikach babilońskich, greckich, rzymskich, afrykańskich; o więźniach systemów totalitarnych słyszał cały świat. Tymczasem o niewolnikach grzechu, o więźniach zniewolonych przez grzech, świat słyszeć nie chce. Patologiczne prądy ideologiczne i praktyki nie zdobyłyby tak wielkiej popularności, gdyby nie tragiczny stan duszy, który obecnie zdominował ludzkie sumienia. I to właśnie w tym stanie należy upatrywać przyczyn powszechnego zepsucia. „Nigdy jeszcze dusza ludzka nie zatraciła się tak w celach ziemskich — nigdy się tak całkowicie nie rozpłynęła w żądzach i potrzebach naturalnych; tak chętnie nie zrosła z państwem; nie dała się tak ujarzmić nacjonalizmom, pieniądzom, technice i ekonomii, jak właśnie za naszych czasów. Chlubimy się, że bardziej niż kiedykolwiek zawojowaliśmy dla ducha świat zewnętrzny. W istocie jednak nigdy jeszcze ten świat nie posiadał takiej władzy nad duszą, jak dzisiaj” — napisał wnikliwie Fryderyk Wilhelm Foerster, niemiecki myśliciel i pedagog, w latach 20. ubiegłego stulecia.

Pierwsza rewolucja i pierwszy bunt

To co pozornie wygląda jak siła i władza, w rzeczywistości jest ogromną słabością duchową, tą samą, z której zrodziły się wszystkie ideologie i totalitaryzmy w dziejach świata. Przyczyna tkwi w odwróceniu się człowieka od tego, co nadprzyrodzone, do tego, co doczesne i w uczynieniu z tego celu życia. Dlatego ciągle aktualne jest pytanie o to, co my, katolicy, którym powierzono drogocenną perłę prawdy, mamy robić w tej trudnej, pozornie beznadziejnej sytuacji? Przede wszystkim powinniśmy upewnić się, czy środki, jakich używamy, są odpowiednie do walki ze zjawiskami zagrażającymi zdrowiu naszej duszy. Czy nie nazbyt często praktykujemy jałowy „dialog” z telewizorem, z radiem, komputerem czy gazetą? Do czego prowadzi nas codzienne, czasochłonne zaangażowanie w śledzenie bieżących wydarzeń w liberalnych stacjach informacyjnych? Nieliczne obiektywne media, przedstawiając prawdę, jednoznacznie świadczą o walce świata z religią katolicką. Zaś wszechobecne, liberalne media skutecznie znieczulają odbiorców, pogrążając ich w złudzeniach, jarmarcznej rozrywce bądź w samozadowoleniu. Niestety, bezkrytycznymi odbiorcami nieobiektywnych mediów są również katolicy, którzy — zamiast poznawać nauczanie Kościoła, a w szczególności nauczanie o środkach, jakie Kościół przygotował do walki z błędnymi ideologiami — bezmyślnie wchłaniają antychrześcijańską, trującą atmosferę. Jej sedno zawiera się w akcie buntu wobec Boga, a wyrażone jest w zawołaniu: Non serviam!, jakie wykrzyknął zbuntowany, największy z aniołów. To była pierwsza w dziejach stworzenia rewolucja. Dokonała się najpierw w społeczności aniołów, a później miała swoją niechlubną kontynuację w życiu ludzi. Najbardziej brzemienne spośród nich to XVI-wieczna reformacja, rewolucja francuska (1789) i rewolucja bolszewicka (1917). Zgniłymi owocami buntowniczego manifestu Non serviam! są wszystkie herezje, schizmy, wynaturzenia, a także rozbite małżeństwa, nieszczęścia rodzin i poszczególnych osób.

Zasiać niepokój i zwątpienie

Święty Antoni pustelnik jak ognia unikał przebywania z heretykami, ponieważ wiedział, że łatwo można zarazić się duchową trucizną. Twierdził, że rozmowa z nimi może stać się zgubą dla osób nieutwierdzonych w nauce i wierze katolickiej. Uznawał tylko jeden wyjątek: rozmawiał z nimi wówczas, gdy mógł podjąć próbę ich nawrócenia. Nie inaczej powinno być i dziś. I my powinniśmy mieć misyjnego ducha. Trwanie w postawie apostołów i misjonarzy, którzy przyprowadzali kolejne dusze do tronu Pana Jezusa, może uchronić nas przed wpadnięciem w diabelskie sidła. Gdy wierni tracą ducha misyjnego i gdy porzucają konkretne środki i zadania apostolskie, wówczas grozi im ogromne niebezpieczeństwo. Jednym z tych środków jest spokojny, cierpliwy i zarazem jednoznaczny styl przekonywania — można by go nazwać „językiem stanowczej miłości”. Trzeba niewierzącym cierpliwie tłumaczyć, że błądzą. Trzeba przywoływać cytaty z Pisma św. na potwierdzenie katolickiej wiary. Trzeba uruchamiać argumentację apologetyczną, odwołującą się do rozumu i praw logiki. Trzeba także naszemu przekonywaniu, naszym słowom, nadać zdecydowanie i stanowczość. Trzeba, aby niewierzący lub błądzący usłyszeli jednoznaczne słowa — powiedziane z miłością — że katolicka prawda jest jedyną drogą do zbawienia i że istnieje obowiązek jej przyjęcia. Kto ją świadomie oraz dobrowolnie odrzuca i w takim stanie umiera, ten traci zbawienie. Choć nawet w wypadku takiego przekazu nawrócenie osoby trwającej w niewierze lub w błędzie nie jest pewne, ale wówczas nie może ona twierdzić, że nigdy nie usłyszała prawdy o Bogu i religii. Pan Bóg niczego człowiekowi siłą nie narzuca, pozwala mu nawet na bunt. Ale jego wyborów nie pozostawia bez konsekwencji. I właśnie to — od nas, należących do Kościoła — świat powinien jasno usłyszeć. Mądrość Kościoła uczy nas, aby we wszystkich działaniach, mających na celu głoszenie wiary, zachować roztropność. Wrogom Boga i Kościoła, złym duchom, bardzo zależy, aby w duszach wiernych Chrystusowi zasiać niepokój. Liberalna prasa, radio, internet i telewizja pełne są treści świadczących o tym, że zło — już nie nazywane tam złem — rzeczywiście triumfuje. Złe duchy chcą, abyśmy z tego wyciągnęli fałszywy wniosek. Taki mianowicie, że ten triumf jest ostateczny i że w walce z siłami zła Pan Bóg przegrał, a Kościół jest skazany na niechybną zagładę.

Jałowe dyskusje zabierają czas, osłabiają ducha

Jeśli przestraszymy się diabelskich oskarżeń i fałszerstw, wówczas otworzymy się na szeroką falę niepokoju i lęku. I cóż z tego, że serce mamy prawe, skoro jest ono lękliwe i niespokojne? Cóż z tego, że żołnierz ma celną broń, jeśli ze strachu trzęsą mu się ręce? Gdy pojawia się w naszym sercu lęk, wówczas zło zdobywa sobie dogodny przyczółek. Mistrz życia duchowego ks. Wawrzyniec Scupoli tak opisuje tę zależność: „Niespokojne serce jest zawsze narażone na ciosy nieprzyjaciół. Przejęci niepokojem, nie potrafimy dostrzec prostej i pewnej drogi cnoty. Nasz wróg nie znosi pokoju w sercu, bo mieszka tam wtedy Duch Boży i czyni wspaniałe rzeczy”. Czego więc powinniśmy unikać? Z triumfującego obecnie neopogaństwa i kryzysu nie wolno nam wyciągać niewłaściwych wniosków. Poznaje się je po tym, że zasiewają w nas pesymizm, defetyzm, małoduszność i bezradność. Trzeba widzieć całą jaskrawość zła, trzeba zdawać sobie sprawę z kryzysu, w jakim pogrążony jest Kościół — ale musi być to dla nas jak czerwona raca na niebie, dająca znak do mobilizacji, wyjścia z okopów i ruszenia do ataku. Źle zaczyna dziać się nie wtedy, gdy wróg naszego zbawienia kieruje na pole bitwy kolejne armie, ale wówczas, gdy garstce obrońców Bożego ładu wypada oręż z rąk. Bractwo Św. Piusa X i wierni Tradycji tworzą niewielką armię. I nawet jeśli pomnoży ona swoje szeregi, to nadal nie będzie wielka. Ale jej siła polega przede wszystkim na tym, że ona istnieje! Nie jest dobrze, kiedy katolicy bez końca dyskutują o zagrożeniach Kościoła, jednocześnie nie potrafiąc bądź nie chcąc podać sposobów, jak im przeciwdziałać. Tego rodzaju postępowanie jest zawsze jałowe, odbiera pokój serca, niszczy relacje z innymi, a przede wszystkim zabija w nas wiarę, nadzieję i miłość. Kiedy tracimy równowagę emocji i spokój ducha, wtedy — zamiast służyć Panu Bogu — oddalamy się od Niego. 8 Kiedy poświęcamy czas abstrakcyjnym dywagacjom, kiedy bez końca analizujemy globalne problemy trapiące ludzkość, zawsze tracimy spokój, ulegamy rozczarowaniu i zniechęceniu. I tak przez całe lata możemy martwić się o nieokreślony „świat” czy też „ludzkość”, jednocześnie zaniedbując obowiązki wobec naszej rodziny i życia duchowego. Rozmyślając nad rozwiązaniem globalnego problemu niedożywienia czy też ocieplenia klimatu, jednocześnie możemy zwalniać się z obowiązku wychowywania dzieci, znalezienia pracy, spędzania czasu z rodziną czy też codziennej modlitwy. Świat nas nienawidzi? To żadna nowość

Ogromny problem stanowi naturalizm naszego myślenia, który sprawia, że łatwo przychodzi nam za zło obwiniać ludzi, zapominając, że w istocie za każdym złem stoi zły duch. Ci, których czasem nazywamy w skrócie wrogami Kościoła, niejednokrotnie mogą działać nieświadomie, będąc jedynie narzędziami wykorzystywanymi przez osobowe zło. Gdy uświadomimy sobie, że główną przyczyną walki z prawdą i Kościołem są złe duchy, wówczas zmieni się nasz sposób walki. Zrozumiemy wtedy, że kiedy angażujemy się w tę walkę, zawsze musimy odwoływać się do pomocy nadprzyrodzonej — do pomocy Pana Boga. „Zwyciężyć możemy tylko wtedy, kiedy metodom, w których [wrogowie Kościoła] są mistrzami, przeciwstawiać będziemy nasze metody — metody Baranka Bożego. Dają one nieznane światu panowanie nad duszami, a o to przecież — o władanie ludźmi i kierowanie ich życiem — toczy się cała walka między nami a światem. I nie jest prawdą, że miłość chrześcijańska, która jest podstawą działania katolików, to coś ckliwego, słabego czy też anemicznego” — powiedział o. Jacek Woroniecki OP, poruszając tę niezmiernie ważną kwestię. Naszego Pana Jezusa Chrystusa możemy naśladować tylko wówczas, gdy poważnie weźmiemy sobie do serca Jego słowa: „Jeżeli was świat nienawidzi, wiedzcie, że mnie pierwej, niż was, nienawidził. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą” (J 15, 18—20). Musimy więc upodabniać się do naszego Boskiego Mistrza. A jeśli głośno domagamy się praw dla katolickiej Tradycji, to jeszcze bardziej powinniśmy wkraczać na drogę pokornych cierpień, modlitw i cichych ofiar. Tylko wówczas nasza walka będzie skuteczna. Wrogowie Pana Jezusa nienawidzili Go, więc nie inaczej jest z Jego owczarnią.

Jeśli tylko chcesz — możesz!

Paradoks katolicyzmu, swego rodzaju trudność w jego praktykowaniu polega na tym, iż najpierw trzeba zerwać z duchem świata, ale potem, napełniwszy się duchem miłości nadprzyrodzonej, trzeba w tym świecie mądrze żyć. Pogańskie wierzenia, szczególnie wschodnie, akcentują potrzebę odizolowania się człowieka od świata. Tymczasem katolicyzm podkreśla, że celem i jednocześnie drogą zbawienia duszy ludzkiej jest podjęcie walki z duchem świata. Powołaniem katolików jest zerwanie z duchem świata i jednoczesne przenikanie świata duchem chrześcijańskim. Posłannictwo to może wydawać się niemożliwe do wykonania, ale i tutaj wzorem jest nasz Boski Nauczyciel: nie był ze świata, nie miał ducha świata, a jednocześnie żył na świecie i przemieniał go Swoją miłością. W Fatimie Matka Boża ukazała niezawodny środek chroniący nas przed błędnymi ideologiami — Jej Niepokalane Serce. To w Nim tkwi tajemnica prawdziwej siły, która uratuje ludzkość przed zalewem błędów. Czekając na dzień, kiedy papież wspólnie z biskupami całego świata poświęci Rosję Niepokalanemu Sercu Maryi, my sami już dziś możemy — i powinniśmy — poświęcić temu Sercu samych siebie i cały świat. Możemy — i powinniśmy — naszą ofiarą i pokutą zadośćuczynić za bluźnierstwa, zniewagi i grzechy, dotkliwie raniące Niepokalane Serce Maryi. Najlepszym orężem w walce ze wszystkimi błędami jest nasza osobista świętość. A zatem starajmy się o nią, pamiętając o zasadzie, którą kierowali się wszyscy święci: si vis, potes — jeśli tylko chcesz, możesz.

Strona głównaKapliceKomunikaty duszpasterskieMultimedia„Zawsze Wierni”KontaktKsięgarnia wysyłkowa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X

© 1997—2017 Wydawnictwo Te Deum sp. z o.o.