Św. Euzebiusza, Biskupa i Męczennika [3 kl.]

Inne serwisy:

Krucjata eucharystyczna
KOMUNIKATY
Św. Pius X Rekolekcje ignacjańskie Mały modlitewnik łaciński Krucjata różańcowa Filozofia św. Tomasza z Akwinu Katecheza DVD dla kapłanów Mszalik codzienny
Zawsze wierni nr 5/2017 (192)

Paweł Siergiejczyk

Małżeńska historia Polski

„Bella gerant alii, tu, felix Austria, nube!” – Niech inni prowadzą wojny, a ty, szczęśliwa Austrio, żeń się! Ta dewiza przyświecała Habsburgom – najpotężniejszej katolickiej dynastii w dziejach Europy. Austriacki dom panujący wolał bowiem zawierać przymierza niż toczyć wojny, których wynik zawsze był przecież niepewny, a koszty i straty zwykle ogromne. A nieodzownym elementem politycznych przymierzy między monarchiami dawnej Europy były małżeństwa członków rodzin panujących. W tej dziedzinie potężnie rozrośnięty ród Habsburgów okazał się bezkonkurencyjny.

Ale nie tylko Austria miała swoją „historię matrymonialną”. Tak naprawdę w dziejach każdego państwa małżeństwa władców odgrywały kluczową, choć mocno niedocenianą dziś rolę. Dreszczyk emocji – najczęściej niezdrowej – wzbudzają bowiem barwne opowieści o życiu prywatnym królów i cesarzy, na czym korzystają autorzy i wydawcy poczytnych książek oraz twórcy popularnych filmów i seriali. Taka „tabloidyzacja” historii niczemu dobremu nie służy, utrwala tylko przekonanie, że „wielcy tego świata” umieli się „dobrze bawić”, zatem taki styl życia godny jest pochwały i naśladowania. Tymczasem owe barwne epizody, nawet jeśli są prawdziwe (a z tym bywa różnie), przesłaniają to, co naprawdę istotne: że w chrześcijańskim świecie małżeństwo jest instytucją fundamentalną, zarówno w wymiarze prywatnym, jak i publicznym. Co więcej, stosunek do instytucji małżeństwa stanowi bardzo dobry miernik kondycji moralnej danego społeczeństwa.

„Matka chrzestna” Polaków

Z takiej perspektywy warto spojrzeć na dzieje naszej ojczyzny, której władcy co prawda nie stronili od wojen, ale też chyba mieli szczęście do dobrych związków małżeńskich. Zacząć wypada od stwierdzenia faktu tyleż oczywistego, co jednak słabo uświadamianego, że narodziny Polski jako kraju chrześcijańskiego ściśle wiążą się właśnie z małżeństwem. Nie przypadkowo bowiem Gall Anonim w swojej kronice wspomina, iż Mieszko I

w takich był pogrążony błędach pogaństwa, że wedle zwyczaju swego siedmiu żon zażywał. W końcu zażądał w małżeństwo jednej bardzo dobrej chrześcijanki z Czech, imieniem Dubrowka. Lecz ona odmówiła poślubienia go, jeśli nie zrzuci swego zdrożnego obyczaju i nie przyrzeknie zostać chrześcijaninem. Gdy zaś na to przystał, że porzuci ów zwyczaj pogański i przyjmie sakramenta wiary chrześcijańskiej, księżna owa przybyła do Polski z wielkim orszakiem świeckich i duchownych, ale nie pierwej podzieliła z nim łoże małżeńskie, aż powoli a pilnie zaznajamiając się z obyczajem chrześcijańskim i prawami kościelnymi, wyrzekł się błędów pogaństwa i przeszedł na łono matki Kościoła. Pierwszy więc książę Polski Mieszko dostąpił łaski chrztu za sprawą wiernej żony.

Trudno nie wierzyć pierwszemu polskiemu kronikarzowi, skoro sto lat przed nim niemiecki biskup Thietmar w swojej kronice szczegółowo opisał działania Dobrawy, konstatując:

Pracowała więc nad nawróceniem swego małżonka i wysłuchał jej miłościwy Stwórca. Jego nieskończona łaska sprawiła, iż ten, który Go tak srogo prześladował, pokajał się i pozbył się na ustawiczne namowy swej ukochanej małżonki jadu przyrodzonego pogaństwa, chrztem świętym zmywając plamę grzechu pierworodnego. I natychmiast w ślad za głową i swoim umiłowanym władcą poszły ułomne dotąd członki spośród ludu i w szatę godową przyodziane w poczet synów Chrystusowych zostały zaliczone.

Nie ulega zatem wątpliwości, że Dobrawa (bo tak najpewniej brzmiało jej czeskie imię, błędnie spolszczone na „Dąbrówkę”, gdyż pochodziło od słowa „Dobra”, po łacinie Bona) była de facto matką chrzestną nie tylko swojego męża, ale i całego kraju, który od tego momentu zaczął przyjmować wiarę katolicką. Oczywiście mają rację ci historycy, którzy wiążą to małżeństwo z sojuszem polsko-czeskim, bynajmniej jednak nie antyniemieckim, gdyż oba państwa znajdowały się w sferze oddziaływania zarówno cesarstwa Ottonów, jak i Kościoła niemieckiego.

Rodzinna Europa

Przypisywanie dziś naszemu pierwszemu władcy antyniemieckich uprzedzeń nie ma sensu również w świetle drugiego małżeństwa Mieszka I – po śmierci Dobrawy w 977 roku – z Odą, córką margrabiego Dytryka, która specjalnie w tym celu opuściła klasztor. Warto sobie uświadomić, że związek Ody z Mieszkiem trwał dłużej niż małżeństwo księcia z Dobrawą, a druga żona urodziła Mieszkowi aż trzech synów, podczas gdy Dobrawa tylko jednego – Bolesława Chrobrego. Ale to właśnie Chrobry, przejmując po śmierci ojca pełnię władzy, wygnał macochę i przyrodnich braci nie tylko z Polski, ale też – jak się miało okazać – z polskiej pamięci historycznej. Do umocnienia „czarnej legendy” Ody przyczyniły się też popularne powieści „piastowskie” Karola Bunscha. Nasza druga władczyni chyba jednak nie zasłużyła na takie potraktowanie, tym bardziej, że jej imię figuruje pod pierwszym ważnym dokumentem w dziejach Polski, nazywanym Dagome iudex. Ten polityczny testament Mieszka oddawał państwo polskie świętemu Piotrowi, czyli pod opiekę Stolicy Apostolskiej. Było to nie tylko symboliczne zwieńczenie misji dziejowej księcia gnieźnieńskiego, ale też jednoznacze potwierdzenie miejsca Polski w chrześcijańskiej Europie.

Zresztą i wśród czterech kolejnych żon Bolesława Chrobrego nie brakowało niemieckich arystokratek, lecz postacią prawdziwie wielkiego formatu była dopiero żona jego następcy, Mieszka II. Królowa Rycheza była córką palatyna reńskiego, a ze strony matki – wnuczką cesarza Ottona II i cesarzowej Teofano (sławnej księżniczki bizantyńskiej) oraz siostrzenicą Ottona III. Być może to cesarskie pochodzenie sprawiło, że również wokół Rychezy narosła „czarna legenda”, jakoby miała udział w obaleniu rządów swego męża. W rzeczywistości jej wpływ na losy Polski okazał się wielce pozytywny: nie tylko zadbała o staranne, klasztorne wykształcenie swojego syna, Kazimierza Odnowiciela, ale przede wszystkim, dzięki swoim wpływom w Niemczech, walnie przyczyniła się do odzyskania przezeń władzy w państwie polskim, które w ten sposób podniosło się z ruin po pierwszym kryzysie dziejowym w latach trzydziestych XI wieku.

To właśnie małżeństwa Piastów i Piastówien są najlepszym dowodem na silną pozycję młodego państwa w średniowiecznej Europie. Już córka Mieszka I i Dobrawy, Sygryda, była żoną kolejno królów Szwecji i Danii. Natomiast Gertruda, córka Mieszka II i Rychezy, została wydana za księcia kijowskiego Izjasława. Z jej imieniem łączy się tzw. Kodeks Gertrudy – spisany na pergaminie i pięknie ozdobiony miniaturami modlitewnik, stanowiący potwierdzenie wysokiej kultury umysłowej panującej na dworach nowych państw chrześcijańskich środkowo-wschodniej Europy już w XI wieku. Związki ówczesnej Polski z Rusią Kijowską były zresztą bardzo ścisłe, skoro żony brali stamtąd kolejni Piastowie: Kazimierz Odnowiciel, Bolesław Śmiały, Bolesław Krzywousty, Bolesław Kędzierzawy, Mieszko Stary, Leszek Biały, Konrad Mazowiecki, Leszek Czarny. Przeczy to kolejnemu mitowi – o naszym rzekomo odwiecznym konflikcie ze wschodnimi sąsiadami. Podobnie jak w przypadku relacji z Niemcami, średniowieczna Polska nie miała na Rusi stałych wrogów, zaś liczne małżeństwa, zawierane zarówno na kierunku wschodnim, jak i zachodnim, pokazują, że ówczesna Europa stanowiła wspólnotę religijną i cywilizacyjną, skupioną wokół Rzymu. Na linii Kijów – Kraków – Kolonia nasi władcy czuli się jak u siebie w domu, bo wszędzie po drodze mogli spotkać krewnych i powinowatych.

Epoka świętych żon

Tę linię trzeba by jeszcze rozciągnąć na Pragę i Budę (dzisiejszy Budapeszt), bo czeskie i węgierskie królewny nieraz zasiadały na krakowskim tronie, a polskie – na tronach państw sąsiednich. Tak jak błogosławiona Salomea, córka księcia Leszka Białego, wydana za mąż za węgierskiego królewicza Kolomana, który na kilka lat został królem halickim (ze stolicą w ruskim Haliczu, od którego kilka wieków później utworzono nazwę Galicja), a po utracie tego efemerycznego państwa objął władzę w Słowenii i Chorwacji. Po śmierci męża, który zmarł w wyniku ran odniesionych w walce z najazdem tatarskim, Salomea wstąpiła do klasztoru klarysek w Zawichoście (później przeniesionego do Skały), którego była założycielką.

Ta błogosławiona piastówna niewątpliwie miała decydujący wpływ na zawarcie małżeństwa jej brata, księcia Bolesława Wstydliwego, ze świętą Kingą (a właściwie Kunegundą), córką króla węgierskiego Beli IV, po kądzieli wnuczką cesarza bizantyńskiego. Św. Kinga znana jest u nas głównie jako bohaterka legendy o sprowadzeniu soli do kopalń małopolskich. Znacznie słabiej pamięta się o tym, że była tercjarką franciszkańską (przez ponad 30 lat wraz z mężem zachowali czystość małżeńską) i założycielka klasztoru klarysek w Starym Sączu, gdzie zakończyła swój pobożny żywot. Warto też przypomnieć, że na dworze Kingi wychowała się jej młodsza siostra, błogosławiona Jolenta-Helena, która została żoną księcia wielkopolskiego Bolesław Pobożnego. Również i ona zakończyła ziemską wędrówkę w założonym przez siebie klasztorze klarysek, tyle że w Gnieźnie. Jakże wymowny jest fakt, że córka owej błogosławionej, Jadwiga, została żoną Władysława Łokietka i razem z nim otrzymała koronę królewską w roku 1320.

Najpiękniejszymi kwiatami na wielkim piastowskim drzewie okazały się jednak dwie inne Jadwigi, obie uznane przez Kościół za święte. Co ciekawe, również i one nie były rodowitymi piastównami, lecz wspaniałym przeszczepem z innych katolickich rodów Europy. Święta Jadwiga Śląska pochodziła z wpływowej niemieckiej arystokracji, a jej matka wywodziła się z rodu Wettynów – tego samego, który wyda później dwóch saskich królów Polski. Jako żona księcia śląskiego, Henryka Brodatego, jednego z najlepszych gospodarzy na ziemiach polskich, urodziła siedmioro dzieci, po czym wycofała się do założonego przez męża klasztoru cystersek w Trzebnicy (choć formalnych ślubów zakonnych nigdy nie złożyła). Znana była z żarliwej pobożności, surowego umartwiania, szerokiej działalności dobroczynnej i budowy wielu świątyń. Przeżyła zarówno męża, jak i syna, księcia Henryka Pobożnego, który zginął w bitwie z Tatarami pod Legnicą w 1241 roku.

O ile kult śląskiej księżnej ma dziś głównie charakter lokalny, to druga święta Jadwiga znana jest chyba wszystkim Polakom. Mowa oczywiście o córce Ludwika Węgierskiego i żonie Władysława Jagiełły, zmarłej w wieku 25 lat królowej – a właściwie samodzielnym królu – Polski. Stanowi ona swoisty pomost łączący dynastie Piastów (matką jej ojca była wszak Elżbieta Łokietkówna, siostra Kazimierza Wielkiego, która rządziła Polską w imieniu syna, urzędującego w Budzie), Andegawenów (ród francusko-neapolitańsko-węgierski, wywodzący się od brata króla Ludwika Świętego) i Jagiellonów. Sama co prawda potomstwa nie pozostawiła, lecz swoim małżeństwem z wielkim księciem litewskim nie tylko stała się „matką chrzestną” dla Litwy – niczym Dobrawa dla Polski – ale też zapewniła ciągłość władzy na polskim tronie, gdyż synowie, wnukowie i prawnuk Jagiełły rządzić mieli państwem polsko-litewskim przez blisko dwa stulecia.

Królowe rodem z Wiednia

Wybór Jadwigi, podpowiedziany oczywiście przez możnych panów małopolskich, okazał się przełomowy również w obliczu alternatywy, jaka stała wówczas przed Polską. Wszak Jadwigę od dzieciństwa przygotowywano do małżeństwa z księciem Wilhelmem Habsburgiem. Pomijając już całą romantyczną legendę, jaka powstała wokół tego związku, warto uświadomić sobie, że gdyby córka Ludwika Węgierskiego pozostała jednak wierna tej dziecięcej miłości, losy naszej części Europy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Litwini musieliby poradzić sobie sami (zwłaszcza w kontekście sąsiedztwa z Moskwą z jednej i z państwem krzyżackim z drugiej strony), natomiast piastowska Polska stałaby się częścią wielonarodowego imperium Habsburgów, które w następnych wiekach rozciągało się od Węgier po Hiszpanię.

Inna sprawa, że może nie byłby to najgorszy wybór, szczególnie w przededniu reformacji, która podzieliła Europę na katolicką i heretycką. Habsburgowie (nie bez udziału naszego kardynała Hozjusza!) pozostali przy wierze katolickiej i to dzięki nim kontr- reformacja zdołała uratować dużą część kontynentu przed protestancką zarazą. Na szczęście również Polska Jagiellonów i Wazów nie zdradziła Kościoła rzymskiego, lecz stanowczo za mało zwraca się tu uwagę na rolę bliskich stosunków naszego kraju z Habsburgami. A na bliskość tych stosunków wpływały kolejne małżeństwa córek „szczęśliwej Austrii” z polskimi królami.

Pierwszą Habsburżanką na naszym tronie była Elżbieta Rakuszanka, żona Kazimierza Jagiellończyka, żarliwa katoliczka, zwana „matką królów”, gdyż urodziła aż sześciu synów, z których czterech nosiło koronę, piąty był kardynałem i prymasem Polski, a szósty, Kazimierz, został świętym. Dwie Habsburżanki, córki cesarza Ferdynanda I, Elżbieta i Katarzyna, były żonami ostatniego z Jagiellonów, Zygmunta Augusta (pomiędzy tymi małżeństwami znalazło się miejsce na sławetny, lecz niedługi związek króla z Barbarą Radziwiłłówną, który tak oburzył elity Rzeczypospolitej). Siostrami były również dwie kolejne żony Zygmunta III Wazy, Anna i Konstancja z rodu Habsburgów. Każda z nich była matką jednego z kolejnych królów Polski – Władysława IV i Jana Kazimierza. Niedługo panujący król Michał Korybut Wiśniowiecki poślubił zaś Eleonorę Marię Józefę, siostrę cesarza Leopolda I, co było potwierdzeniem ścisłego sojuszu Warszawy z Wiedniem, który kilkanaście lat później zaowocował odsieczą Jana III Sobieskiego.

Warto wspomnieć, że ostatnią królową Polski również była Habsburżanka, Maria Józefa, córka cesarza Józefa I, żona króla Augusta III Sasa. Z tego związku narodziło się czternaścioro dzieci, choć wieku dojrzałego doczekało tylko pięciu synów. Zmarła w roku 1757, sześć lat przed swoim mężem i piętnaście lat przed pierwszym rozbiorem Polski, który potwierdził, że Polska nie ma już przyjaciół ani sojuszników, również w Wiedniu.

W obliczu katastrofy

Należy też przypomnieć, że nasz ostatni król nie zdecydował się na założenie rodziny, prowadząc życie iście „oświeceniowe”, czyli pełne pozamałżenskich związków i nieślubnych dzieci. Nie on pierwszy, rzecz jasna, wśród polskich władców siał zgorszenie wśród swoich poddanych, choć akurat XVIII stulecie sprzyjało takiemu modelowi życia. Dosadnie pisał o tym ks. Walenty Gadowski w Apologetycznym katechizmie katolickim, wydanym w czasie II wojny światowej (wznowionym przez Te Deum w 2002 r.):

W drugiej połowie XVIII wieku magnateria polska lubowała się w rozwodach i wyszydzała wierność małżeńską. Ci sami ludzie okazali się obojętni na rozbiory państwa polskiego i bawili się wesoło na przyjęciach u ambasadorów rosyjskich. Na odwrót, co powstrzymało falę germanizacji w Poznańskiem za czasów Bismarcka? Duchowieństwo katolickie i zdrowie rodziny polskie. Z przekąsem Bismarck nazwał Poznańskie «istną królikarnią». Niestety, rząd Polski niepodległej starał się pośrednio zmniejszyć ilość Polaków, bo popierał prądy krzewiące maltuzjanizm i ułatwiające poronienia. Czy nie było to spychaniem rodzin do roli cichego nierządu? Jak rozpusta jednostki grozi jej zagładą fizyczną i duchową, tak rozpusta w rodzinach prowadzi do samobójstwa narodowego. Niestety, przykład szedł z góry: od kół rządzących, wojskowych i cywilnych; nie wstydzono się nawet zamiany żon na jakiś czas. Naśladowała to inteligencja w miastach, a nawet na wsiach zaznaczył się wybitny spadek urodzin. Toteż powtórzyła się katastrofa z wieku XVIII – i to w okolicznościach hańbiacych imię Polaka.

Niezwykle przykre to słowa, lecz niestety prawdziwe, bo upadek zarówno I Rzeczypospolitej, jak i II Rzeczypospolitej miał swoje źródła nie tylko polityczne i militarne, ale także moralne. A może przede wszystkim moralne, gdyż trudno oczekiwać po zepsutych elitach, by prowadziły kraj we właściwym kierunku. Najlepszym zaś barometrem moralnego zdrowia lub choroby jest stosunek do instytucji małżenstwa: tam, gdzie normą jest trwałość i wierność małżeńska, tam i inne normy moralne są zachowane, natomiast powszechność rozwodów i życia pozamałżeńskiego niczego dobrego przynieść nie może. Cóż zatem po krzykliwym patriotyzmie naszych elit „oświeceniowych” i „niepodległościowych”, skoro miały one w pogardzie szóste i dziewiąte przykazanie, a co gorsza, pogardę taką uważały za coś normalnego?

Niestety, dzisiejsza Polska nie jest pod tym względem lepsza, a pewnie nawet i gorsza. Czego innego jednak można się spodziewać po kraju, w którym stawia się pomniki rozwodnikom i rozpustnikom, a imiona świętych żon i mężów pogrążają się w mrokach niepamięci?

Strona głównaKapliceKomunikaty duszpasterskieMultimedia„Zawsze Wierni”KontaktKsięgarnia wysyłkowa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X

© 1997—2017 Wydawnictwo Te Deum sp. z o.o.