Św. Cecylii, Dziewicy i Męczennicy [3 kl.]

Inne serwisy:

Krucjata eucharystyczna
KOMUNIKATY
Św. Pius X Rekolekcje ignacjańskie Mały modlitewnik łaciński Krucjata różańcowa Filozofia św. Tomasza z Akwinu Katecheza DVD dla kapłanów Mszalik codzienny
Zawsze wierni nr 4/2000 (35)

Ryszard Mozgol

Bóg tak chce!

Historia wypraw krzyżowych

Od końca lat osiemdziesiątych obserwuje się w Watykanie „bitwę o historię”, nazwaną przez kard. Arinze w przesłaniu skierowanym do muzułmanów w lutym 1996 r. z okazji zakończenia ramadanu „przezwyciężaniem przeszłości”. Dla modernistów „przezwyciężanie przeszłości” jest istotnym elementem ich polityki, zmierzającym do stworzenia Nowego Kościoła Ekumenicznego, będącego synkretyczną wersją chrześcijaństwa, judaizmu i islamu opartego na fundamencie praw człowieka i mundializmu. Można przypuszczać, że Jubileuszowy Rok 2000 z publicznymi przeprosinami Papieża, książąt Kościoła i narodowych episkopatów za rzekome winy Kościoła jest początkiem ostatniego aktu zastąpienia Kościoła Katolickiego „kościołem synkretycznym”.

Centralnym punktem „żalu za grzechy” historii Kościoła stało się potępienie stosowania metod „nacechowanych nietolerancją, a nawet przemocą” w formach ewangelizacji. Wzorcowym przykładem „zaangażowania niewłaściwych narzędzi do głoszenia prawdy objawionej”, niedokonania „odpowiedniego rozeznania ewangelicznego wartości kulturowych narodów” i „nieszanowania sumienia osób, którym była przedstawiana wiara” stały się dla modernistycznych purpuratów i lewicowych intelektualistów WYPRAWY KRZYŻOWE. Jazgot liberalnych mediów dotyczący wydarzeń sprzed dziewięciuset lat spotęgowany został przez mijającą w lipcu ubiegłego roku rocznicę zdobycia przez krzyżowców Jerozolimy. Amerykańskie środowiska protestanckie i katoliccy moderniści wpadli na pomysł zorganizowania „Wędrówki Pojednania”, w której w ciągu czterech lat dwa tysiące ludzi z Europy i USA przemierzyło odcinki trasy I krucjaty, przepraszając „napotkanych ludzi – muzułmanów, żydów, chrześcijan wschodnich – za zbrodnie krzyżowców”. Protestanci – Karen z USA, Marcus ze Szwajcarii i Lynn, Amerykanin z Anglii, opisani w „Gazecie Wyborczej” – przepraszali... za zbrodnie katolików. „Krucjaty odbywały się w imię Chrystusa. Składały fałszywe świadectwo Jego nauce”– twierdzi Lynn Green.

Przeproszenie za wyprawy krzyżowe, odbierane przez wielu jako potępienie krucjat, jest uderzeniem w „splot słoneczny” historii Kościoła. Trwające przez dwieście lat zmagania chrześcijańskiej Europy z islamem były nie tylko centralnym wydarzeniem średniowiecza, kiedy to kształtowały się europejskie narody w ramach Christianitas, ale także historii Kościoła katolickiego. Historia Europy bez krucjat rozpoczyna się wraz z oświeceniem i rewolucją francuską – jej prawami człowieka, a w następstwie tego centralnym miejscem historii Kościoła staje się „modernistyczna rewolucja” Soboru Watykańskiego II. W 1996 r. przemianowano w Mediolanie plac Wypraw Krzyżowych na plac Pawła VI...

Czym jest istota bez przeszłości? – Bezkształtną, bezbarwną amebą, bez „zakorzenienia”, swobodnie unoszoną przez prądy; czymś, co jest wszędzie i nigdzie. Kim będą katolicy, którym wmawia się dziś, że ich historia to pasmo rzezi, oszustw i morderstw? „Przyszedłem do wspólnoty dążącej do świętości, a okazało się, że jestem w jaskini zbójców” – kto będzie chciał należeć do takiego Kościoła? Jak widać cel jest prosty, zohydzić katolikom ich przeszłość, wbrew prawdzie zbrukać ją, zniszczyć, aby łatwiej zbudować na tych zgliszczach Nowy Lepszy Świat, z Nowym Lepszym Kościołem. My pozostajemy wierni Kościołowi założonemu przez Chrystusa. Parafrazując słowa M. G. Davili, przywiązanie do Ojczyzny i Kościoła jest hańbą, jeżeli nie ma w nich miejsca na groby przodków i ołtarze. Ołtarze moderniści zniszczyli i zastąpili kalwińskimi stołami, teraz dewastują groby naszych przodków, kajając się za coś, co przez wieki Europa czciła jako wyrazy poświęcenia, oddania, heroizmu i honoru. Czy pozwolimy im na to?!

Bóg tak chce!

Pax in nomine Domini” – głosił refrain rozpowszechnionej we Francji pieśni, wzywającej do udziału w wyprawie krzyżowej. Synod w Clermont, który powszechnie uważa się za początek krzyżowej epopei, był w istocie tzw. „wiecem pokoju”. W listopadzie 1095 r. niewielkie Clermont we francuskiej Owernii przeżywało istny najazd (związany z odbywającymi się tam obradami) prawie trzystu duchownych pod przewodnictwem papieża Urbana II, zajmujących się wprowadzeniem w Europie „pokoju Bożego”, zagrożonego nienawiścią i pychą feudałów. Jednak największym zagrożeniem dla chrześcijańskiego ładu byli Turcy. W przedostatni dzień obrad, 27 listopada, ogłoszono, iż papież będzie przemawiał do zgromadzonych tłumów za wschodnią bramą miasta na rozległych błoniach. Znamy tylko przybliżoną treść jego przemówienia. Kronikarz Wilhelm z Tyru zanotował przypuszczalne słowa Urbana II:

Ziemia, nad którą zajaśniało słońce prawdy, gdzie Syn Boży żył, nauczał i cierpiał, gdzie umarł i zmartwychwstał dopełniwszy dzieła Odkupienia, święta ta ziemia wpadła w ręce niewiernych; zbezcześcili Przybytek Pański, pomordowali świętych, a ciała ich stały się pastwą dzikich zwierząt; krew chrześcijan płynęła strumieniem w Jerozolimie i około jej murów, a nikt nie spieszy ich pogrzebać. (...) Pełen ufności w miłosierdzie boskie, i z mocy władzy przekazanej mi przez świętych Piotra i Pawła udzielam odpustu zupełnego każdemu chrześcijaninowi, który ożywiony uczuciem szczerego nabożeństwa pójdzie walczyć przeciw niewiernym.

Głównym motywem przemówienia papieża była jednak katastrofalna sytuacja polityczna Cesarstwa Bizantyjskiego, zagrożonego agresywnymi działaniami Turków w Azji Mniejszej i powtarzającymi się najazdami pogańskich, koczowniczych plemion ciągnących znad Morza Czarnego. Mówiły o tym kolejne apele wysyłane do papieża i zachodnioeuropejskich feudałów przez cesarza Aleksego. Papież mówił o powtarzających się prześladowaniach pielgrzymów przez Turków, o hańbie spotykającej wschodnich chrześcijan, ale również o szczęśliwości czekającej na śmiałków gotowych iść bić się o Konstantynopol i Jerozolimę. Ochotnicy mogli liczyć na przychylność Boga, odpuszczenie grzechów dotychczas popełnionych, a w razie śmierci – na rozgrzeszenie. Zapał zgromadzonych przeszedł najśmielsze oczekiwania. Niebo nad Owernią rozerwane zostało okrzykiem dobywającym się z tysięcy gardeł w różnych językach i dialektach: Deus le volt! Dio li volt! Deus sic vult! Dieu le veult!Europa wystąpiła ze swoich brzegów i runęła potężną falą na Wschód” – pisała Zofia Kossak. Nim papież zakończył ostatnie zdanie, biskup Ademar Le Puy prosił go o pozwolenie wzięcia udziału w krucjacie. Kardynał Grzegorz zaintonował Confiteor, podchwycone przez tłum. Symbolem „zbrojnej pielgrzymki”, jak nazwał krucjaty Franco Cardini, stał się czerwony krzyż przyszyty do odzienia. Wszyscy ochotnicy, przeważnie niskiego stanu, bo możni nie brali udziału w synodzie, mieli być gotowi do wymarszu na dzień Wniebowzięcia roku 1096, po zebraniu plonów. Kościół roztaczał pełną opiekę nad rodzinami i majątkiem krzyżowców. Duchowni gotowi do udziału w krucjacie mieli obowiązek otrzymania zezwolenia biskupów, nowożeńcy musieli uzyskać pozwolenie współmałżonków, parafianie swoich przewodników duchowych. Nie udało się pohamować szczerego entuzjazmu mas. Chesterton pisał:

Pierwsza zwłaszcza wyprawa krzyżowa była w znacznie większej mierze jednomyślnym powstaniem ludu niż większość tzw. rozruchów i rewolucji.

Krucjatowy zapał rozszerzał się jak pożar letnią porą, nie tylko ze względu na kazania Urbana II, ale również słowa głoszone przez ludowych kaznodziejów, takich jak Piotr z Amiens czy Robert z Arbissel. Paryski mediewista A. Vauchez pisze:

Fakt, że tysiące kobiet i mężczyzn przystąpiły do ruchu i gotowe były znosić cierpienia w imię miłości do Boga, dowodzi głębokiej wrażliwości mas na wielkie duchowe problemy chrześcijaństwa.

Odzew na wezwanie z Clermont był również potężny pośród możnych. Pierwszy zgłosił swój udział Rajmund hrabia Tuluzy, widzący siebie jako świeckiego przywódcę krucjaty, za nim w początkach 1096 r. przyjęli krzyż Robert II z Flandrii, Robert książę Normandii, Stefan hrabia Blois, Boemund książę Tarentu wraz ze swoim siostrzeńcem Tankredem, a także Hugon z Vermandois, brat ekskomunikowanego w Clermont króla Francji Filipa, głoszącego również pełne poparcie idei krucjaty. Gotowość udziału zgłosili stronnicy tryumfującego po Canossie cesarza Henryka IV – Gotfryd z Bouillon, książę Lotaryngii i jego bracia Eustachy hr. Boulogne i Baldwin. Udział zgłosiła też Republika Genuańska. Strumień ochotników napływał z Italii, Rzeszy, Szkocji, Danii, Hiszpanii. Czy z Polski? ...tego niestety nie wiemy. Od samego początku istniał czytelny podział na krucjatę ludową, do której przyłączyło się drobne rycerstwo francuskie i niemieckie, oraz krucjatę rycerską, podzieloną na kilka językowych kontyngentów. Miejscem spotkania miał być w 1096 r. Konstantynopol...

Historycy odrzucający chrześcijański punkt widzenia, omawiając przyczyny wypraw krzyżowych zazwyczaj poprzestają na opisaniu splotu procesów ekonomicznych i politycznych, czasem wspomną o przemianach w świadomości społecznej, czyli fanatyzmie. Oczywiście nie negujemy wpływu tych przyczyn. „Sufficiat nobis credere quia sic est, et non quaerere propter quid est” – niech nam wystarczy wierzyć, że tak jest, a nie dociekać, dlaczego jest. Warto jednak przypomnieć jeszcze raz, że najważniejszymi przyczynami krucjat był wzrost religijności w Europie oraz powtarzające się prośby o pomoc nadchodzące z Bizancjum.

Ekspansja islamu

Sytuacja chrześcijaństwa na Wschodzie ulegała stopniowemu pogorszeniu od przeszło czterystu lat. Europa znajdowała się w kleszczach islamu! W roku 632, według tradycji arabskiej, nastąpiła śmierć twórcy tej religii, Mahometa. Od tego momentu nastąpiła dynamiczna ekspansja opisywanych przez P. Browna obdartych zastępów, które w tumanach pustynnego pyłu rzuciły pod jarzmo zielonego sztandaru proroka sąsiednie krainy. Daleko było wtedy wyznawcom Allacha do wyrafinowanych, pełnych kultury i ogłady mieszkańców Bliskiego Wschodu z XI wieku, którymi tak bezkrytycznie zachwyca się S. Runciman w swoich książkach. Serce „kultury śródziemnomorskiej”, cokolwiek miałoby to oznaczać, biło wtedy gdzie indziej. Do 639 r. muzułmanie zawojowali całą Syrię i Palestynę, niszcząc wszystkie kościoły. Patriarcha jerozolimski Sofroniusz, po tchórzliwej kapitulacji armii bizantyjskiej, wprowadził kalifa Omara do kościoła Zmartwychwstania ze słowami: „Oto jest przepowiedziana przez Daniela obmierzłość spustoszenia w przybytku!”. W Jerozolimie zaginęły zbezczeszczone relikwie św. Krzyża. W 640 r. po zdradzie żydów i monofizytów, z Egiptu wycofali się Bizantyjczycy. Dziesięć lat później bohaterstwo zoroastryjskich Persów zostało utopione w morzu krwi. Islam stanął u wrót Indii. Krainy nawrócone na chrześcijaństwo przez św. Marka w Afryce Płn. stały się następnym celem ataku. To, czego nie zniszczyli w Afryce Płn. ariańscy Wandalowie, zostało zniszczone przez bezrozumne hordy Arabów. Ziemia, która do tej pory rodziła filozofów, poetów, teologów, historiografów, takich jak np. św. Augustyn, została wydana bezpowrotnie na pastwę Sahary. Chrześcijańscy potomkowie Rzymian opuścili Afrykę, uciekając do Italii lub Iberii, miejscowi chrześcijanie zostali obróceni w ludność zależną lub wytępieni w myśl zasady Mahometa: „Nie można tolerować dwóch religii w jednym państwie”. Jeszcze przez blisko sto lat prowadziły beznadziejną walkę koczownicze plemiona chrześcijańskie z rozrzuconych na pustyni oaz. Ludy chrześcijańskie, które znalazły się w bezpośrednim kręgu oddziaływania politycznego tworzących się kalifatów muzułmańskich, takie jak Ormianie, Gruzini, chrześcijanie libańscy czy Koptowie zmuszone zostały do nieustannej walki o przetrwanie, toczonej niejednokrotnie z islamem do dziś. Z nowej sytuacji zadowoleni byli jedynie monofizyci, zlatynizowani Punijczycy i żydzi.

(...) ze skrywanym poparciem dla najeźdźców pośpieszyły liczne i potężne gminy żydowskie – po części z nienawiści do chrześcijan, zwłaszcza do Konstantynopola jako ciemięzcy, po części zaś z semickiej solidarności, z uwagi na wywodzenie się z tego samego co Arabowie pnia językowego i etnicznego. Żydzi byli często piątą kolumną, która podkopywała opór chrześcijan

– pisze katolicki publicysta Wiktor Messori. Uderzenie muzułmańskie w granice Imperium Bizantyjskiego zbiegło się z niezwykle skomplikowaną sytuacją religijną, związaną z rozwojem herezji ariańskiej, pelagiańskiej, a w końcu monofizyckiej. W tym kontekście zbrojni zwolennicy Mahometa jawili się jako „bicz Boży”. Profesor J. Alzog w XIX w., powtarzając za badaczem islamu Doelingerem, pisał:

Mahometanie jako lud według prawa, służyli za narzędzie Opatrzności, karzące ludy oswobodzone i wolne, aby przez to wstrzymać ich upadek moralny, obudzić z odrętwienia i ożywić gasnącą ich siłę.

Odrodzenie niestety nie nastąpiło, wręcz przeciwnie – wraz ze schizmą w roku 1054 procesy rozkładu wschodniego chrześcijaństwa pogłębiły się w odnawiających się sektach manichejskich (takich jak np. paulicjanie, bogomiłowie). Na początku VIII w. muzułmanie przekroczyli Gibraltar i wkroczyli do pogrążonej w chaosie feudalnym Hiszpanii, która prawie cała wpadła w ich ręce po śmierci króla Rodryga w bitwie pod Jerez de la Frontera w 711 r. Dopiero energiczna reakcja Asturów pod Covadongą w 722 r. doprowadzi do planowej rekonkwisty, mającej na celu odzyskanie utraconych ziem. Sto lat po śmierci Mahometa, w 732 r. na polach pod Poitiers wojska Karola Młota pokonały zastępy Arabów ciągnące w głąb Europy.

Tymczasem na wschodzie sytuacja Konstantynopola ulegała pogorszeniu. Pierwsze oblężenie miasta przez muzułmanów nastąpiło już w 669 r. i trwało z przerwami do 676 r. Drugie oblężenie, w roku 717, o wiele niebezpieczniejsze ze względu na blokadę morską miasta, dzięki opanowaniu przez Arabów Cypru, udało się zażegnać w 718 r. po bitwie pod Konstantynopolem. Jednak sytuacja uległa uspokojeniu dopiero po klęsce arabskiej, zadanej im przez Franków w 732 r. Bizancjum odetchnęło... ale nie na długo. Kiedy w XI w. na Bliskim Wschodzie pojawiły się nowe, agresywne plemiona Turków Seldżuckich, sytuacja zaczęła się powtarzać. W 1071 r. armia bizantyjska została rozgromiona pod Mancikertem, gdzie do niewoli dostał się cesarz Roman Diogen. W 1075 r. Seldżucy zdobyli Jerozolimę, burząc kościoły i zabijając pielgrzymów. Niecałe dziesięć lat później od północy cesarstwo zaatakowały plemiona Połowców i Pieczyngów, rozkładając się pod Adrianopolem w cierpliwym oczekiwaniu na kapitulację stolicy, blokowanej wtedy przez flotę turecką. Ta sytuacja zmusiła cesarza Aleksego Komnena do poszukiwania na Zachodzie ratunku, w słowach tak uległych i rozpaczliwych, że kronikarze bizantyjscy i współcześni historycy skrzętnie usunęli list cesarza z kart swoich książek. Już wtedy w szeregach armii cesarskiej służyli liczni najemnicy z Europy Zachodniej, np. Robert z Flandrii, walczący za cesarza z islamem. Bizantyjczycy brzydzili się krwią... Prostsze było wyręczanie się pogardzanymi „łacinnikami”, lub tchórzliwe uniki czynione przez dyplomację. Politycznie Bizancjum kurczyło się, ustępując pola Turkom. Cywilizacja arabska prowadziła skutecznie podbój nowych terenów, atakując Europę od zachodu i wschodu, zdobywając przewagę w basenie Morza Śródziemnego. Chesterton podsumowuje to słowami: „Ten semicki bóg prześladował chrześcijaństwo jak upiór. Należy o tym pamiętać w każdym zakątku Europy...”. Taka sytuacja zmusiła cesarza Aleksego do ponownego zwrócenia się z prośbą do papieża i możnowładców Europy Zachodniej, co zostało uczynione przez poselstwo cesarskie w 1095 r. na synodzie w Piacenzie. Następnym krokiem było pamiętne zgromadzenie w Clermont.

Wspomniany już G. K. Chesterton, opisując tworzenie się narodu angielskiego w czasie wypraw krzyżowych, napisał: „(...) orły porosły już w pierze i zaczęły się oglądać za łupem bardziej odległym. Zamiast otrzymywać rzeczy cudze, szukały ich teraz same”. Proces kształtowania się Christianitas złożonego z coraz bardziej świadomych swojej odrębności narodów europejskich w pełni odpowiada temu zdaniu nie tylko w odniesieniu do Anglii. Krucjaty rozpoczęły się w chwili, gdy Europa skończyła już „przeżuwanie” pozostałości po wspaniałej kulturze Rzymu i rozpoczęła tworzenie swojego wkładu w dzieło cywilizacji łacińskiej. Brytyjski bizantynista S. Runciman twierdzi, że „do czasu pierwszej wyprawy krzyżowej ogniskiem naszej cywilizacji było Cesarstwo Bizantyjskie oraz kraje kalifatu arabskiego”. Niestety, nie jest to odosobniony wśród współczesnych historyków pogląd, głoszący samorodny geniusz cywilizacji arabskiej, zniszczonej przez barbarzyńskie hufce krzyżowców. Pogląd historyków wychowanych w ciasnych murach duchowych gett punickich, pozbawiony szerszych horyzontów. Cywilizacja arabska, o czym pisał m.in. F. Koneczny, jest niemal w całości produktem zapożyczeń kulturowych, a sami Arabowie do swojej cywilizacji wnieśli niewiele. Lunarny system religijny Mahometa opiera się, jak wykazały badania Konecznego i religioznawcy M. Eliadego, na judaizmie oraz zjudaizowanym manicheizmie. Większa część obyczajów arabskich została zapożyczona od Żydów, np. teoretyczna poligamia1, przepisy dotyczące ubioru, wyglądu i modlitwy. Przepiękne meczety zdobiące cały Bliski Wschód zostały zbudowane w pieczołowicie odtworzonym stylu bizantyjskim, nierzadko przez Bizantyjczyków (sic!). Trygonometria, optyka, rozwój filozofii i medycyny „arabskiej” wiąże się z przełożeniem na język arabski dzieł greckich, jak pisze niechętny chrześcijaństwu H. A. R. Gibb. Architektura świecka, system biurokratyczny, podział armii, ceremoniał dworski oraz sposób spędzania wolnego czasu (np. szachy) pochodzą z sasanidzkiej Persji. Natomiast tzw. „cyfry arabskie” i algebra pochodzą aż z Indii. Wreszcie malarstwo arabskie, przedstawiające zwierzęta i ludzi, pojawiło się po zetknięciu z „łacinnikami”. Andaluzyjski „raj na ziemi” powstał tylko dlatego, że przetrwały w tej części Hiszpanii silne pozostałości antycznej kultury rzymskiej, która dogorywała wtedy w dekadenckim Bizancjum. Natomiast serce Europy, jeśli gdzieś biło, to na pewno w prostym, niewyrafinowanym Rzymie papieży i cesarzy średniowiecza. Czymże jest w istocie szumna cywilizacja arabska, jeśli nie sumą działań sąsiednich kultur i cywilizacji, niejednokrotnie wyższych? Z takim oto przeciwnikiem, który był już wszędzie, ale nie przychodził znikąd, parafrazując nieśmiertelnego Chestertona, przyszło walczyć spadkobiercom Mariuszy, Cezarów i Augustów w imię Jedynego, Sol Invictus – Chrystusa. Niestety są dziś tacy, którzy przedkładają „śpiewy” muezina nad chorał gregoriański...

Piotr Pustelnik i pierwsza krucjata

Nie udało się utrzymać w ryzach niekarnej plebejskiej zbieraniny, która wbrew napomnieniom papieża i baronów na przełomie 1095-96 r. ruszyła na „swoją” krucjatę. Jeden z kronikarzy pierwszej krucjaty pisał:

Ubodzy ludzie podkuli swe woły jak konie, zaprzęgli je do dwukołowych wózków, załadowali je swymi ubogimi zapasami i posadzili na nie swoje małe dzieci, aby w ten sposób wlec je za sobą. A gdziekolwiek dzieci ujrzały w dali warowny gród czy miasto, dopytywały się natarczywie, czy to już jest Jeruzalem, do którego wędrują.

Pierwszą grupę poprowadził francuski rycerz Walter Sans-Avoir (‘Bez Mienia’) z ośmioma ubogimi rycerzami. Kilkutysięczny tłum, przez Francję, Niemcy i Węgry dotarł ok. 15 maja 1096 r. do granicy bizantyjskiej pod Belgradem nad rzeką Sawą. Tu okazało się, jak pisze Runciman, że Bizantyjczycy nie są przygotowani na przyjęcie takiego tłumu krzyżowców. „Doskonale poinformowany” Aleksy I przypuszczał, że oddziały armii frankijskiej nadejdą ze strony Italii, drogą Via Egnatia, wzdłuż której rozmieścić kazał zaopatrzenie i garnizony wojskowe, które miały pilnować „sprzymierzeńców”. Głodnych krzyżowców Waltera Grecy odeskortowali do Konstantynopola bez większych incydentów.

Tuż za nimi podążał kilkunastotysięczny tłum prowadzony przez Piotra Pustelnika. Niecierpliwy, ciemny, bez dowództwa, bez dyscypliny i... głodny. Do pierwszych znacznych starć z miejscową ludnością doszło na terenie Węgier. Piotr nie potrafił zapanować nad ludzkimi namiętnościami, nie umiał wprowadzić ładu wśród ludzi, którym chciał przewodzić. Twierdzę Zemuń starto z powierzchni ziemi, przy okazji plądrując węgierskie spichlerze. Bizantyjscy wróżbici przepowiadali nadejście szarańczy, a lud grecki wierzył wróżbitom. Namiestnik cesarski zrejterował z granicznego Niszu, złupionego przez ludzi Piotra Pustelnika. Mieszkańcy Belgradu uciekli, pozostawiając miasto na pastwę chciwości i głodu nadciągających mas. Dla prostego ludu rzeczywistość krucjatowa była nieskomplikowana: kto utrudniał marsz albo stawiał opór przy zdobywaniu pożywienia, ten był wrogiem „wojska chrześcijańskiego”. Oliwy do ognia dolał fakt, że oddziałami wyznaczonymi przez Aleksego do eskortowania krzyżowców były oddziały najemników złożone z pogańskich Pieczyngów i Połowców. O. I. Uspenskij pisze, że krzyżowcy nie potrafili zrozumieć, jak Bizantyjczycy walczący z muzułmanami mogli posiadać oddziały najemników złożone z wyznawców Mahometa lub pogan. W Sofii Piotr z przerażeniem stwierdził, że w starciach z wojskiem bizantyjskim stracił prawie 1/3 ludzi. Tu doszło do pierwszego spotkania z cesarskimi posłami, którzy mieli towarzyszyć ze zbrojną eskortą pielgrzymom zdążającym do Konstantynopola. Po drodze, jak piszą zgodnie nawet najzagorzalsi wśród historyków przeciwnicy krucjat, krzyżowcy z samozwańczej krucjaty ludowej obserwowali niezwykłe przejawy sympatii i entuzjazmu miejscowej ludności. Były to tereny stale nawiedzane najazdami koczowniczych plemion – Połowców i Pieczyngów... W pierwszych dniach sierpnia, gdy w zachodniej Europie zbierały się oddziały rycerskiej krucjaty, Piotr ze swymi ludźmi dotarł do Konstantynopola. Romaioi, jak nazywali siebie Bizantyjczycy, z niechętną wyższością przyjęli ludzi, to prawda – pełnych grzechów, gotowych jednak oddać życie za dalsze istnienie gnijącego cesarstwa toczonego dworskimi intrygami. Cesarz zapewnił Piotra o swojej radości z przybycia ochotników i, aby pozbyć się niewygodnych krzyżowców, wydał rozkaz przetransportowania ich do Azji Mniejszej, do specjalnie przygotowanego obozu pod Nikomedią, myśląc, że uda mu się pod zbrojną strażą utrzymać w ryzach łacinników. Część z nich – stwierdziwszy, że przybyła walczyć z niewiernymi, a nie odpoczywać – ruszyła na wschód, pomimo ostrzeżeń Piotra Pustelnika. Dotarli oni do jednego z ważniejszych miast opanowanych przez Seldżuków – Nikei, gdzie dzięki zaskoczeniu zdobyli podgrodzia miasta. Podobnie powiódł się atak na pobliską twierdzę Kserigordon. Odwet Turków był natychmiastowy: krzyżowcy zostali zamknięci w zdobytej twierdzy i wybici do nogi, ponieważ odrzucili ofertę przyjęcia islamu. Seldżucy spalili obóz pod Nikomedią, zabijając lub obracając w niewolę wszystkich jeńców. Krucjata zwana „ludową” przestała istnieć. W Europie pojawiały się jeszcze nieliczne samozwańcze grupy uparcie twierdzące, że idą do Jerozolimy – ale nie doszły, gdyż zostały rozbite przez króla Kolomana węgierskiego.

Wyprawa rycerska wyruszyła podzielona na mniejsze oddziały, które pod koniec 1095 r. pomaszerowały do Konstantynopola różnymi trasami – według zaleceń papieskich. Pierwszy wyruszył brat króla Francji Hugon. W czasie przeprawy morskiej z Bari do Dyrrachium na skutek burzy utracił część wojska. Na ziemi bizantyjskiej przyjęty został z wszelkimi honorami i odeskortowany do stolicy cesarstwa, gdzie Aleksy roztoczył nad swoim gościem pełen przepychu i dostatku areszt, uniemożliwiający kontakty Hugona z innymi przywódcami krucjaty i swoim wojskiem. W tym samym czasie z Lotaryngii wyruszyła armia pod dowództwem Gotfryda z Bouillon i jego braci, dobrze wyposażona i karna. Rodzina książąt Dolnej Lotaryngii zastawiła dużą część własnych włości, aby wyekwipować swoje wojska. Trasa marszu biegła wzdłuż wcześniejszej marszruty krucjaty ludowej przez Węgry, gdzie po początkowych trudnościach została przyjęta bardzo ciepło przez króla Kolomana. W Konstantynopolu braci ze sławnego rodu hrabiów Boulogne spotkało niemiłe rozczarowanie.

Greckie wiarołomstwo

Rzymianie mawiali fides punica na określenie wiarołomności kartagińczyków; w czasie wojen krzyżowych narodzi się powiedzenie fides graeca (‘wierność grecka’) jako określenie bizantyjskiego krętactwa, niedotrzymywania umów i matactw dyplomatycznych. Okazało się, że Aleksy nie potrzebuje łacińskich ochotników walczących z islamem za wiarę, w celu odzyskania Grobu Pańskiego, ale wyłącznie najemników, którzy pomogą Romaioi w odzyskaniu utraconych prowincji, które były naturalną bazą rekrutacji dla armii bizantyjskiej. Aleksy traktował przybyłych krzyżowców jak swoją własność, część swojej armii; zażądał złożenia hołdu lennego, zawierającego przyrzeczenie, że zwrócą Bizancjum wszystkie zdobyte tereny lub podporządkują je Aleksemu. Okazało się, że dyplomacja bizantyjska toczyła od początku podwójną grę. Nastąpił początek konfliktu, który będzie tlił się lub wybuchał z różną siłą przez cały okres krucjat. Hołd, pod nieobecność innych dowódców, złożył chwiejny Hugon, licząc na to, że zostanie przywódcą całej wyprawy z nadania cesarskiego. Dla Godfryda, Baldwina i Eustachego sprawa była oczywista: żadnego hołdu nie będzie! Rokowania zostały przerwane, Aleksy zakazał dostarczania żywności krzyżowcom, wybuchły walki z muzułmanami – ale pod Konstantynopolem. Wojska cesarskie złożone z barbarzyńców zostały odparte i Aleksy zmuszony został do wznowienia dostaw. Czas płynął, skończył się rok 1096, minął styczeń, luty, marzec 1097 r., a krzyżowcy stali pod murami gardzącego nimi miasta Konstantyna. Tuż przed Wielkanocą wybuchły kolejne walki, jednak nic z nich nie wynikało – wojska bizantyjskie nie mogły się mierzyć z Frankami w polu, ale miasta tak ufortyfikowanego zdobyć nie było można niewielkimi siłami. Krzyżowcy złożyli wymuszoną przysięgę, po czym całe wojsko zostało przerzucone do Azji Mniejszej. Tuż po odjeździe rycerzy lotaryńskich, do Bizancjum dotarły zaprawione w walce wojska normańskie z Italii pod dowództwem Boemunda. Grecy niejednokrotnie już przekonali się, że normańskie kopie są niezwykle ostre, a ponieważ Normanowie byli uważani przez Bizantyjczyków za swoich śmiertelnych wrogów, przedsięwzięto nadzwyczajne środki ostrożności. Jakież było zdumienie, gdy nie tylko wojska książęce zachowały w Konstantynopolu doskonałą dyscyplinę, ale sam Boemund bez wahania złożył wymaganą przez Aleksego przysięgę. Jak się okazało, Boemund znający meandry polityki greckiej był równorzędnym dla cesarza graczem politycznym. Czy przysięga złożona schizmatykowi może obowiązywać katolickiego księcia, tym bardziej złożona w wielu wypadkach pod przymusem? Dotychczasowi łacinnicy, pogardzani ze względu na swoje proste, rażące dla zepsutych Bizantyjczyków zachowanie, ustąpili witalnemu, elokwentnemu, pełnemu drapieżnego uroku Boemundowi. Księżniczka Anna Komnena opisuje go w ciepłych słowach, w których dostrzega się delikatne drżenie niewieściego serca, uciszanego przez bizantyjską pychę. Na końcu, w niewielkich odstępach czasu, do Konstantynopola dotarły wojska Rajmunda, hrabiego Tuluzy, zaprawionego w walkach z islamem w Hiszpanii, bezpośredniego przedstawiciela papieża, oraz oddziały panów z północnej Francji – z Flandrii, Normandii i z Blois. Spóźnione wojsko, po przymuszeniu do przysięgi, szybko przerzucono pod Nikeę, gdzie rozpoczęły się już walki z niewiernymi.

Oblężenie Nikei nie trwało długo. Pomimo doskonałego systemu fortyfikacji i sprzyjających warunków, garnizon turecki nie był przygotowany do oblężenia. Sułtan na wieść o blokadzie Nikei, w której znajdowała się jego żona i skarbiec sułtański, wyruszył z odsieczą. 21 V 1097 r. odsiecz została rozbita przez krzyżowców, miasto nie mogło więc liczyć na pomoc ani od lądu, ani od morza. W związku z tym, dowódca garnizonu rozpoczął pertraktacje za plecami książąt z przedstawicielami cesarza. Na 19 VI zarządzono ostateczny szturm, który jednak nie doszedł do skutku, ponieważ o świcie krzyżowcy zauważyli flagi bizantyjskie nad miastem. Fides graeca – nawet bogate podarki nie mogły złagodzić goryczy faktycznej porażki... W tydzień później wojsko podzielone na dwa korpusy pomaszerowało dalej na wschód. Sułtan Kilidż Arslan nie dał za wygraną i zorganizował zasadzkę pod Doryleum. Ostatniego dnia czerwca, kiedy wojsko krzyżowe normańskie, flandryjskie i szampańskie rozpoczęło przygotowania do wymarszu, Turcy zaatakowali z impetem. W obozie wybuchła panika, której zaradził dopiero trzeźwy umysł Boemunda, znającego taktykę wroga. Dobytek, kobiety i dzieci zgrupowano w obozie pod osłoną wojska, spieszeni rycerze stanęli w szyku obronnym wokół obozu; nie było sensu atakować, bo, jak pisał Wilhelm z Tyru,

wróg niezdolny do wytrzymania takiego natarcia, zawsze zdołał się wycofać i uniknąć uderzenia, tak że nasi żołnierze, nikogo nie mając przed sobą, musieli zwiedzieni zawracać.

Wysłano posłańców, by zawiadomili resztę wojsk krzyżowych, które biorąc w kleszcze wojska sułtańskie uratowały chrześcijan. Bitwa została wygrana. Dalsza trasa w spiekocie, głodzie i pragnieniu biegła przez Ikonium do Heraklei, gdzie postanowiono podzielić siły. Główne oddziały wyzwoliły miasta ormiańskie i greckie, gdzie witano je jak wybawicieli. Oddział Baldwina i Tankreda normańskiego z kolei odbił z rąk muzułmańskich miasto św. Pawła – Tars, i port w Aleksandrettcie, dzięki czemu krzyżowcy uzyskali pomoc ze strony floty frankońskiej. Również tutaj Ormianie witali krzyżowców jak wyzwolicieli. Kolejnym etapem była starożytna Antiochia.

Kiedy rycerze stanęli pod murami miasta, ich oczom ukazał się widok twierdzy przygotowanej do odparcia każdego natarcia. Namiestnik Jaghi Sijan w istocie przygotował miasto do oblężenia i jak pisze Runciman, miał pełną świadomość, że miasto zdobyte przez Turków przez zdradę tylko w ten sposób może być utracone. Przystąpił do dotkliwych prześladowań ormiańskich i greckich chrześcijan. Patriarcha Jan został wtrącony do więzienia; podczas oblężenia Antiochii zamkniętego w klatce wystawiano go poza mury miejskie. Wielu chrześcijan wypędzono, katedrę św. Piotra zamieniono na stajnię, w okolicznych wioskach pohańbiono wszystkie ormiańskie kobiety, co spowodowało zapiekłą nienawiść do Turków i chęć odwetu. Jaghi Sijan liczył na odsiecz, która zmiecie krzyżowców, tym bardziej, że świat muzułmański zauważył już, że nie ma do czynienia z kolejnymi najemnikami cesarza, ale z nową armią przepojoną ideami religijnymi. Po oczyszczeniu okolicy z Turków przy wydatnej pomocy wschodnich chrześcijan, wojska europejskie rozłożyły się pod miastem, przystępując do przygotowań oblężniczych. Pierwszymi szturmami dowodził bp Ademar z Le Puy, posiadający doświadczenie bojowe, bo był nie tylko duchownym, ale również rycerzem. Jesienią 1097 r. krzyżowcom przybyła z pomocą eskadra genueńska, która przywiozła dostawy żywności. Pomimo dostaw morzem oraz przychylności miejscowej ludności, w grudniu 1097 r. żołnierzom chrześcijańskim groziła śmierć głodowa. Pozycja Jaghi Sijana się umacniała, poczynał sobie coraz pewniej, mając wiadomości o zbliżającej się odsieczy. Boemund wraz z Robertem z Flandrii wyruszyli w poszukiwaniu żywności dla oblegających. Korzystając z nieobecności części wojska, muzułmanie zaatakowali, ale przytomna akcja bpa Ademara i hrabiego Rajmunda uratowała sytuację. W tym mniej więcej czasie pod Albarą, gdzie w przyszłości powstanie pierwsze łacińskie biskupstwo na Wschodzie, krzyżowcy przez przypadek natknęli się na armię posiłkową z Damaszku. Turcy zaskoczyli wojsko normańsko-flandryjskie, które zaczęło wycofywać się w popłochu.

Gdy to spostrzegł Boemund, jęknął i zawołał chorążego swej drużyny, czyli Roberta syna Gerarda, i rozkazał: „Ruszaj tak szybko, jak tylko możesz, jako dzielny mąż. Bądź odważny z myślą o sprawie Bożej i Świętego Grobu i pamiętaj, że ta wojna toczy się nie o ziemskie sprawy, lecz duchowe. Bądź zatem najsilniejszym wojownikiem Chrystusa! Idź w pokoju! Pan będzie wszędzie z tobą!” A opatrzony zewsząd znakiem krzyża – jak lew, co cierpiał głód przez trzy czy cztery dni wychodzi rozwścieczony ze swego schronu i czując krew zwierzęcą, rzuca się w środek trzody rozpędzając uciekające owce – tak on wpadł w środek Turków. I tak gwałtownie się rozpędził, że szarfy jego chorągwi niczym płomienie unosiły się nad ich głowami. A inne zastępy widząc, że sztandar Boemunda tak zaszczytnie unosi się przed innymi, wstrzymały swój odwrót; i wtedy uderzyli nasi na Turków wszyscy razem

– głosi relacja anonimowego kronikarza. Bitwa została wygrana, chociaż żywności nie przybyło. Dopiero pomoc z Cypru, ze strony schizmatyckiego patriarchy Jerozolimy Szymona, przebywającego na wygnaniu, zażegnała widmo śmierci głodowej. Sytuacja stopniowo odwracała się: szczelnie zamknięta Antiochia bez dostaw zaczęła odczuwać głód. Na szczęście Baldwin z Lotaryngii opanował Edessę, która nie tylko otwarła bramy miasta przed jego armią, ale także oddała władzę w jego ręce, odsuwając znienawidzonego dotychczasowego tyrana. Rozpoczął się ormiańsko-łaciński eksperyment, dzięki któremu krzyżowcy uzyskali pewną ochronę swojej wschodniej flanki. Zbliżająca się kolejna odsiecz najpierw została zatrzymana pod Edessą: to dało rycerzom pod Antiochią potrzebny czas do zdobycia miasta. Miasto zdobyto dzięki zdradzie Firuza, ormiańskiego dowódcy muzułmańskiego, który nawiązał pertraktacje z Boemundem. Firuz po opanowaniu Baszty Dwóch Sióstr wpuścił do niej sześćdziesięciu rycerzy pod dowództwem Fulka z Chartres, dzięki którym ustawiono na murach drabiny i otwarto jedną z bram. Zaskoczenie było zupełne. W mieście wywiązała się chaotyczna walka, do której przyłączyła się miejscowa ludność chrześcijańska. Jeden z Ormian przyniósł rannemu Boemundowi głowę Jaghi Sijana. Broniła się jedynie cytadela miejska, ale była to obrona pozbawiona szans na powodzenie.

Święta Włócznia

Ledwie krzyżowcy nacieszyli się zwycięstwem, a już pod murami świeżo zdobytego miasta stanęła armia muzułmańska Kurbughi. Niewierni przystąpili z marszu do ataku, ale zostali po ciężkich walkach odparci. Zdając sobie sprawę, że w mieście nie ma pożywienia, uszczelnili pierścień wojsk i czekali, kiedy głodne wojsko poprosi o kapitulację. Sytuacja rzeczywiście była tragiczna, ludzie marli z głodu. Na nic się zdała organizowana pomoc przez bp. Ademara i patriarchę Jana. Morale zaczęło się niebezpiecznie obniżać, wszyscy czekali nieuchronnego końca. Cesarz nie przybył Antiochii z pomocą, obawiając się potęgi tureckiej. I kiedy zawiodło już prawie wszystko, zdarzył się cud. Ubogiemu służącemu niezbyt dobrej reputacji, Piotrowi-Bartłomiejowi, objawił się św. Andrzej, ogłaszając, że w katedrze zamienionej w stajnię zakopana jest włócznia, którą przebito bok Chrystusa. Początkowo nikt nie chciał mu wierzyć, ale na tym się nie skończyło. Kolejne objawienia otrzymał świątobliwy kapłan Stefan, do którego przemówił Chrystus, piętnując chrześcijan za grzechy i nawołując do pokuty, oraz Matka Boska, która zapowiedziała, że za pięć dni armia krzyżowców będzie pod Jej opieką. W chrześcijan wstąpiła nadzieja. 14 czerwca rozpoczęto poszukiwania w katedrze, uwieńczone znalezieniem grotu włóczni. W dalszych objawieniach św. Andrzej zapowiadał wielką bitwę z Turkami, zakończoną zwycięstwem chrześcijan. Boemund wraz z innymi baronami zdecydował, że znak od Boga wzywa ich do wyjścia przed mury i wydania walnej bitwy mahometanom. Pomysł był tak szalony, że jego realizacja stanowiłaby kompletne zaskoczenie dla Turków. W poniedziałek wczesnym rankiem, 28 czerwca, wojska wynędzniałych rycerzy Chrystusa uszykowały się do bitwy. Na czele armii stał Rajmund z Anguilers dzierżący w swoich rękach Świętą Włócznię. Księża przystąpili do odprawiania Mszy św. na murach miejskich, gdy rozpoczynała się bitwa będąca w istocie Sądem Bożym. Krzyżowcy spadli na Turków z takim impetem, że łucznicy muzułmańscy zostali rozbici. Armia Kurbughi poszła w rozsypkę, wybijana przez ścigające oddziały chrześcijańskie. Zwycięstwo było całkowite. Okazało się, że w armii muzułmańskiej walczyło wielu zmuszonych do przyjęcia islamu chrześcijan, lub którzy tak jak Ahmad Ibn Marwan, dowódca cytadeli, przeszli na łono Kościoła. W Antiochii wybuchła epidemia, która zebrała obfite żniwo, m.in. zmarł bp Ademar z Le Puy, któremu nie było dane oglądać Jerozolimy. Krucjata utraciła swojego pierwszego rycerza i przywódcę, co pogłębiło niesnaski w obozie dowódców. Antiochia po gorszących scenach pozostała w rękach Boemunda.

Zdobycie Jerozolimy

W styczniu 1099 r. cruciferi wyruszyli w dalszą drogę, już bez wojsk Baldwina i Boemunda. Droga biegła wzdłuż morza, przez bogate tereny od niedawna znajdujące się pod władzą egipskich Fatymidów. Zdobyto twierdzę Hisn al-Akrad, gdzie stanie w późniejszych czasach niezdobyty zamek Krak des Chevaliers, zajęto bez wysiłku Tortosę, dzięki której uzyskano dobry kontakt morski z Europą Zachodnią oraz Cyprem. Zdobyto również twierdzę i miasto Arka, gdzie wybuchł nierozstrzygnięty spór między Frankami i Prowansalczykami o autentyczność Św. Włóczni. Postanowiono, że Piotr-Bartłomiej, w Wielki Piątek, 8 IV 1099 r., przejdzie przez tunel ognia z Włócznią w ręku. Sąd Boży stwierdzał, że jeśli Piotr przeżyje, to Włócznia jest autentyczna – bo nie skłamał, jeśli natomiast umrze lub stchórzy, to znaczy, że był łgarzem i oszustem. Piotr przeszedł... Nastąpiła taka euforia wśród prowansalskich rycerzy, że tłum niemal nie rozdeptał Piotra. Konflikt toczył się dalej tymi samymi torami, Piotr kilka dni później zmarł – według Franków od poparzenia, według Prowansalczyków ze względu na obrażenia wynikłe z radości ludu. Krzyżowcy ruszyli w głąb Palestyny, a na ich drodze nie pojawiły się żadne większe muzułmańskie siły. Przeszli Bejrut, który okupił się bogatymi podarkami, podobnie Akka i Tyr. Tymczasem dowódca fatymidzki w Jerozolimie Al-Afdal rozpoczął szeroko zakrojone przygotowania do odparcia ataku. Gromadził wojska, których i tak było za mało do obrony długich murów, zapełniał cysterny wodą, zbierał potężne zapasy żywności. Na wieść o zbliżaniu się krzyżowców wydał rozkaz wypędzenia z miasta wszystkich chrześcijan i szyitów oraz kazał spalić wszystkie zapasy żywności wokoło miasta i zatruć wszystkie studnie. Dla Europejczyków taki sposób prowadzenia walki był czymś nowym, wzbudzającym wściekłość. Do tego armia krzyżowców natknęła się na pierwszych wygnańców z Jerozolimy, którzy opisywali prześladowania, jakie ich dotknęły. W drodze do Świętego Miasta zdobyto Ar-Ramla, warownię, w której znajdował się grób św. Jerzego i gdzie osiedlono chrześcijan z Jerozolimy oraz założono drugie biskupstwo łacińskie na Wschodzie. W tym czasie w ręce armii chrześcijańskiej wpadły listy Aleksego do Fatymidów, w którym cesarz bizantyjski odpowiadając na zapytanie, czy wojska europejskie działają w porozumieniu z nim, stwierdził, że nie ma nic z nimi do czynienia. Sprawa była jasna, Bizancjum pragnęło wykorzystywać łacinników tak długo jak to możliwe, by później pozostawić ich na pastwę losu. Warto jednak odnotować, że stosunek wschodnich chrześcijan oraz hierarchii na Wschodzie był inny niż polityka cesarska. Grecy, Ormianie i Syryjczycy witali krzyżowców jak długo oczekiwane wojska wyzwolicieli, np. w Betlejem wyzwolonym przez Tankreda.

7 VI 1099 r. armia krzyżowców stanęła z modlitwą na ustach pod Jerozolimą. Długo oczekiwany cel pielgrzymki był na wyciągnięcie ręki, choć trzeba było jeszcze stoczyć niejedną bitwę. Szturm poprzedzały kazania mnichów, spowiedź, posty i czuwania na Górze Oliwnej. Zapału nie można było pohamować, rycerze chcieli się bić. Mieli świadomość tego, że „życie jest przed nimi, nawet jeśli życie to śmierć”, jak napisze kilkaset lat później przywódca katolickiego ruchu Christus Rex Leon Degrelle. Dla muzułmanów ta postawa była zupełnie niezrozumiała, dla nich Jerozolima była jedynie centrum politycznym w Palestynie. Chesterton podsumuje ten „morderczy spór” jako konflikt między człowiekiem, który pożądał Jerozolimy, a drugim, „który nie mógł pojąć, dlaczego tamten jej pożąda”. Pierwszy szturm nastąpił 13 czerwca, ponieważ szeregowi żołnierze nie chcieli już dłużej czekać. Po morderczej walce został odparty. W głodzie i pragnieniu rycerze czekali na kolejny cud. Cztery dni później, do wojska pod Jerozolimą dotarły posiłki z drewnem i specjalistami od budowy machin oblężniczych. Kiedy machiny były gotowe, przystąpiono do kolejnego ataku. Dopiero 15 lipca udało się Lotaryńczykom wedrzeć na mury i dostać do wnętrza miasta, gdzie stoczono bitwę w okolicach Świątyni Salomona z broniącymi tego fragmentu miasta żydowskimi oddziałami wspomagającymi muzułmanów. Miasto było już faktycznie zdobyte, bo dowódca południowego odcinka murów dał rozkaz do wycofania się z Jerozolimy. Rycerze w amoku walki rozpoczęli branie odwetu za Antiochię i chrześcijan z Jerozolimy. Na nic zdały się próby powstrzymania masakry przez Rajmunda i Tankreda. Takie były reguły prowadzenia wojen w tamtych czasach – miasto, które stawiało opór, musiało liczyć się z tragicznymi konsekwencjami.

To, o czym możemy przeczytać wprost z kronik średniowiecznych, w dzisiejszych czasach tonie ukryte w prasowym słowotoku. To, co wówczas stało się z częścią ludności cywilnej w Jerozolimie, w dzisiejszych czasach nazywa się „bombardowaniem celów strategicznych” lub „pomyłką w czasie działań wojennych”, o czym mogliśmy się przekonać obserwując wojnę z Irakiem lub przeciw Serbii. W szalejącej pożodze zniszczenia krzyżowcy opanowali Grób Pański, gdzie natychmiast odbyły się modły dziękczynne. Władcą Jerozolimy obrano po wspólnych rokowaniach Godfryda z Lotaryngii, w którego żyłach płynęła szlachetna krew Karola Wielkiego. Ten jednak, pełen skromności, zadowolił się w mieście, w którym Chrystusa ukoronowano cierniem, tytułem Advocatus Sancti Sepulchri, czyli Obrońcy Grobu Świętego. W ten sposób Europa wróciła na stary imperialny szlak wschodni Aleksandra, Trajana czy Karola. 1 VIII obrano Normana Arnulfa z Rohes na pierwszego patriarchę łacińskiego Jerozolimy. Niestety, twórca wypraw krzyżowych, papież Urban II nie doczekał przybycia do Europy wiadomości o zdobyciu Jerozolimy, umierając dwa tygodnie wcześniej – 29 VII 1099 r. Dwa tygodnie później Godfryd na czele armii odparł pod Askalonem posuwającą się w kierunku Jerozolimy armię Fatymidów. Panowanie europejskie w Ziemi Świętej było na jakiś czas zabezpieczone, ale wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że istnienie łacińskich państw jest uzależnione od stałego dopływu świeżej krwi z Europy. Nowo narodzone po I krucjacie twory polityczne musiały okrzepnąć, a do tego potrzebowały spokoju, którego nie można było tam znaleźć, i dzieci, których w Palestynie umierało zbyt wiele. Europa podjęła wytężony wysiłek cywilizacyjny.

Wojna chrześcijańska

Wojna wpisana jest w ułomność ludzkiej natury, skorej do grzechu i zła. Ten niezaprzeczalny fakt połączony z „chiliastycznymi” wizjami „demokratycznego raju na ziemi” dzisiejszych modernistów i postępowych intelektualistów służy propagandzie pacyfistycznej sprzecznej z chrześcijaństwem. Potępienie wypraw krzyżowych zawsze wiąże się z potępieniem wojny. Często przeciwstawia się tzw. „wczesne chrześcijaństwo”, pacyfistyczne, tzw. „Kościołowi konstantyńskiemu”, akceptującemu przemoc i wojnę. Warto przypomnieć, że odbiór wojny i rzemiosła wojskowego w obu tych sztucznie stworzonych okresach był taki sam. Chrześcijaństwo wielokrotnie na kartach Nowego Testamentu wyrażało akceptację żołnierzy (np. Łk 3, 14; Mt 8, 5-13; Dz 10, 1n.), zaś od momentu, kiedy stało się religią państwową, na której barkach spoczęła odpowiedzialność za losy państwa, musiało wypracować religijną doktrynę wojny. Za twórcę tej doktryny uważa się św. Augustyna, któremu zawdzięczamy klasyfikację i definicję wojny sprawiedliwej i niesprawiedliwej. Św. Augustyn w swoich listach opisał przykre doświadczenia z heretykami, podsumowując je słowami:

Z początku sądziłem, iż nikt nie może być przymuszany do jedności w Jezusie Chrystusie (...) Jakoż mój sposób widzenia okazał się niesłuszny, i to nie z powodu sprzecznych argumentów, jakie można mi było przeciwstawić, lecz faktów, które łatwo było ustalić.

Jak widać św. Augustyn jasno wyraża pogląd o możliwości użycia przemocy w celu zapewnienia jedności lub nawrócenia! Uzasadnienie znajdował we fragmencie Ewangelii św. Łukasza (14, 14-24), który jest przypowieścią o uczcie, od której wymawiali się goście. Pan polecił sługom wyjść na gościniec i przymuszać do wejścia na ucztę. Compelle intrare! (‘przymuszaj do wejścia!’, Łk 14, 23). Augustyn „wykrzykuje”, jak pisze P. Crepon:

I ty mi powiadasz, iż nie powinno się używać siły, aby uwolnić człowieka od potępienia z powodu błędu! Ale widzisz przecie na przykładzie nie pozostawiającym żadnej niejasności, że sam Bóg, który kocha nas bardziej niż wszyscy ludzie i który pragnie naszego zbawienia, tak właśnie postępuje.

Św. Tomasz z Akwinu akceptując rozważania św. Augustyna rozpatrzył wnikliwie problem etyczny zabijania pogan przez chrześcijan. Myśl scholastyczna bezwzględnie zaliczała krucjaty do wojen sprawiedliwych. Hostiensis w XIII w. opierając się na sto lat wcześniejszych rozważaniach, a za nim Jan z Legnano przyjęli, że krzyżowcy toczą z muzułmanami wojnę sprawiedliwą o tereny należące niegdyś do Cesarstwa Rzymskiego, którego spadkobiercą w prostej linii jest Kościół katolicki (była to tzw. bellum romanum), a przez to chrześcijanie mają prawo do karania wyznawców islamu. Św. Tomasz pisał:

Wierni często walczą przeciwko niewiernym nie po to, aby siłą zmusić ich do wiary (...) jakoż wiara zależy od woli (...) ale by nie stawali na przeszkodzie chrześcijańskiej religii.

Opierając się na filozofii tomistycznej, J. M. Bocheński OP napisał De virtute militari. Zarys etyki wojskowej, w której jasno przedstawił obowiązek chrześcijanina uczestniczenia w wojnie sprawiedliwej toczonej przez państwo, do którego należy. Joseph de Maistre, dziewiętnastowieczny myśliciel katolicki, stwierdził beznamiętnie, że

wojna jest w pewnym sensie zwykłym stanem rodzaju ludzkiego, to znaczy, że krew ludzka musi lać się bez przerwy na ziemi, tu czy tam, i że dla każdego narodu pokój jest tylko chwilowym odroczeniem

A więc wojna jest dopustem Bożym, zsyłanym na ludy oddalające się od Boga! Ojciec Roger-Thomas Calmel OP zauważał nierozerwalny związek między grzechem a wojną – „ponieważ istnieje wciąż grzech, a więc pokój ten ciągle będzie niestały i zagrożony”. Pokój, którego zażywają społeczeństwa, jest tylko odroczeniem wykonania kary, bo „pokój godny tego miana jest wolą Boga”. De Maistre zauważał, że wojna posiada również aspekt odradzający, ujawniający nie tylko złe cechy ludzkiego ducha, ale również te dobre. Ten pogląd znajduje swoje odzwierciedlenie w XV-wiecznym poemacie Le Jouvencel, będący biografią kapitana św. Joanny d’Arc Jeana de Bueil.

Wojna jest rzeczą radosną (...) W czasie wojny rodzi się wzajemna miłość. Kiedy własną sprawę uważa się za dobrą i kiedy widzi się, jak własna krew wspaniale walczy, łzy cisną się do oczu. Szczere i pobożne serca napełniają się słodyczą, gdy widzi się swego przyjaciela, który tak dzielnie naraża własne ciało, aby dotrzymać i wypełnić przykazania naszego Stwórcy.

Bizancjum nigdy nie wypracowało pozytywnej doktryny wojny opartej o chrześcijaństwo. Jednak już papież Jan VIII w 878 r. jednoznacznie stwierdził, że wojownik, który utracił życie za wiarę w walce z niewiernymi, może osiągnąć życie wieczne. Bizantynista C. Morrisson daje przykłady z X w., kiedy to cesarz Nicefor Fokas walczył z muzułmanami w Syrii, a później cesarz Jan w Palestynie, patriarcha Konstantynopola odmówił przyznania tytułu męczennika zabitym przez mahometan żołnierzom bizantyjskim. Kanon św. Bazylego zabraniał udzielania przez trzy lata komunii osobom, które zabiły kogoś na wojnie. Społeczeństwo bizantyjskie odrzucało wojowników jako warstwę społeczną. Wygodniejsze było wysługiwanie się najemnikami, dzięki którym Bizancjum przetrwało do XV w.

Zakony rycerskie

Fenomenem wypraw krzyżowych było pojawienie się zakonów rycerskich. Najważniejszymi z nich byli templariusze, joannici i krzyżacy. Członkowie tych bractw składali oprócz zwykłych trzech ślubów zakonnych, jeszcze czwarty – służby wojskowej. Pierwszym z nich był Zakon Rycerzy św. Jana, którego początki sięgają roku 1048, kiedy to kupcy z włoskiego Amalfi roztoczyli opiekę nad schroniskiem dla pielgrzymów w Jerozolimie. Rycerze joannici po chwalebnych walkach w Ziemi Świętej zostali w basenie Morza Śródziemnego jedyną siłą kontynuującą walkę z islamem. Najsławniejszy zakonem rycerskim był francuskojęzyczny Zakon Ubogich Rycerzy Chrystusa (Pauperes Commilitones de Templo), nazwany później Zakonem Świątyni Salomona od miejsca rezydowania przekazanego im przez króla Baldwina II. Zakon otrzymał szerokie poparcie w całej Europie, dzięki rozsławieniu ich cnót przez św. Bernarda z Clairvaux. Trudno w kilku zdaniach opisać wkład templariuszy w utrzymanie Ziemi Świętej. P. Contamine podkreśla, że kilkakrotnie tracili w walkach większość rycerzy, a w ciągu jednego stulecia pięciu wielkich mistrzów zakonu poległo z bronią w ręku w obronie chrześcijaństwa. S. Runciman templariuszy nie lubi, bo byli „agresywni i radykalnie chrześcijańscy”. G. Bordonove podkreśla, że w momencie rozkładu władzy monarszej w Palestynie muzułmanie traktowali znienawidzonego przez siebie wielkiego mistrza jako „reprezentanta jedynej prawowitej władzy”. Rycerze Templum zawsze rozpoczynali w bitwę w awangardzie, osłaniając swoimi ciałami relikwię Krzyża Świętego, a kończyli walki w ariergardzie, osłaniając odwrót. Nie mogli liczyć na wykupienie z niewoli, bo nie przewidywała tego reguła zakonna – albo zwycięstwo, albo śmierć. Św. Bernard pisał w Pochwale nowego rycerstwa:

A kiedy wybije godzina walki, wkładają na duszę pancerz wiary, a na czoło żelazo. (...) Sądzę, że przystoi ich obdarzyć obojgiem tych nazw, bo nie brak im ani mniszej łagodności, ni męstwa żołnierza.

Pan nowego państwa jerozolimskiego Godfryd jeszcze niejednokrotnie musiał stawiać czoło zastępom przybywającym z Egiptu i innych państw arabskich. W czasie walk pod Hajfą w 1100 r. Godfryd zachorował i zmarł 18 VII w drodze do ukochanego miasta Chrystusa. Następcą został wybrany jego brat Baldwin, hrabia Edessy, koronowany na pierwszego króla Jerozolimy 25 XII 1100 r. Za jego sprawiedliwych rządów państwo umocniło się na Bliskim Wschodzie, zdobywając pas twierdz nadmorskich, np. Akkę; stoczył kilka zwycięskich bitew z wojskami Fatymidów w 1102 i 1105 r., zdobył i podporządkował Trypolis i Sydon. Zmarł 2 IV 1118 r. w czasie błyskotliwej kampanii przeciw Egiptowi, w czasie której wojska chrześcijańskie doszły do Nilu. Szlachetny, ale porywczy Boemund prowadząc dynamiczną politykę przeciw muzułmanom dostał się do niewoli. Na nic się zdały militarne zabiegi Baldwina I i Rajmunda, normański książę odzyskał wolność dopiero kilka lat później. Poświęcił się ambitnym planom zorganizowania ekspedycji przeciw Bizancjum, które coraz aktywniej wspierało Turków. Uzyskał w tym celu poparcie papieża Paschalisa II; niestety, wyprawa zakończyła się katastrofą, a Boemund dostał się do niewoli. Załamany powrócił do swoich włości, zajmując się wyłącznie rodziną. Zmarł „z dala od świata” w 1111 r. Zły omen nie opuścił Normanów, którzy za panowania Baldwina II zostali zmasakrowani przez wojska sułtana z Aleppo w 1119 r. na Ager Sanguinis, którego nazwa wzięła się od pola krwi najwaleczniejszych rycerzy normańskich zabitych w bitwie lub zamęczonych na torturach po niej. Król Baldwin II robił wszystko, by kontynuować linię polityczną swojego kuzyna. Pewną stabilizację dawało poparcie króla Francji Ludwika VII, dzięki któremu następcą naznaczono doskonale zapowiadającego się księcia Fulka Andegaweńskiego. Tragedia nastąpiła po śmierci Fulka, kiedy koalicja islamska w 1144 r. zdobyła ważną strategicznie twierdzę w Edessie, mordując większą część chrześcijan. Jerozolima była zagrożona. Europa zadrżała ponownie, poruszona kazaniami pewnego pokornego mnicha.

Św. Bernard

Od początku XII w. cieniutki strumyk europejskiej krwi płynął bez przerwy na Bliski Wschód. Już w 1100 r. wyruszyła wyprawa z Lombardii i Burgundii, w roku następnym Wilhelm II z Nevers poprowadził Francuzów, Akwitańczyków i Bawarów. Wszystkie te oddziały zostały rozbite w Anatolii. W 1144 r. papież Eugeniusz III na wieść o utracie Edessy powierzył mnichowi z Clairvaux, św. Bernardowi, misję głoszenia kazań. Ten niepozorny mnich głosząc słowo Boże doprowadził do tego, że gdzie przemawiał, „opustoszały miasta i zamki”. Gotowość przyjęcia krzyża zgłosił król Francji Ludwik VII i rzesza rycerstwa francuskiego. W 1146 r. św. Bernard przekonał do udziału w krucjacie opornego króla Niemiec Konrada III, do którego przemówił słowami Chrystusa:

Człowieku! Dałem ci wszystko, co mogłem dać: moc, władzę, pełnię sił duchowych i fizycznych; co z tym zrobiłeś w służbie dla Mnie? Ty nie czcisz tego miejsca, gdzie umarłem, gdzie odkupiłem duszę twoją; skoro poganie rozprzestrzenili się w niej i mówią, gdzie ich Bóg?!.

Król odrzekł zawstydzony: „Będę służyć Temu, który mnie zbawił!”. Po Francji krążyła pieśń anonimowego truwera: „A kto z Ludwikiem wyruszy,/niechaj go nie trapi trwoga,/ ominie piekło, a duszę/ anioły wezmą do Boga” (tłum. J. Kowalski). I wyruszyli... Pomimo trudności ze strony Bizancjum, dotarli lądem i morzem do outremer. Armia Konrada została rozbita pod Doryleum, a resztki wojsk wstąpiły na służbę Królestwa Jerozolimskiego, zaś francuski korpus po licznych zwycięskich potyczkach ugrzązł w oblężeniu Damaszku. Zagrożenie Jerozolimy zostało chwilowo odsunięte, ale odtąd, jak twierdził św. Bernard, zwycięstwo na Bliskim Wschodzie możliwe było tylko po rozbiciu „wschodnich heretyków”, czyli zdobyciu Konstantynopola.

Czasy pomiędzy drugą a trzecią krucjatą były latami zwiększającego się chaosu w królestwie, pogrążonym w walkach pomiędzy regentką Melisandą a jej pełnoletnim już synem Baldwinem III. Udało się w końcu odsunąć od władzy intrygantkę i potomek Fulka został władcą państwa zagrożonego przez „panislamskiego” Nur ad-Dina z jednej, a wrogie Bizancjum z drugiej strony. W 1159 r. utracono Antiochię, zagarniętą przez Greków, podobno w odwecie za splądrowanie Cypru przez łacinników i Ormian. Po śmierci Baldwina III królem został jego brat Amalryk I, który zmienił politykę na probizantyjską. Wykrwawił on swoje państwo w ciągłych walkach w Egipcie, w którym wyrastał wtedy genialny przywódca islamu Saladyn. To z nim prowadzić będzie beznadziejną walkę syn Amalryka, ofiara lekkomyślności swojej matki, chory na trąd Baldwin IV, zwany „Trędowatym”. Saladyn zdobył Damaszek i podporządkował sobie, już po śmierci trędowatego króla, muzułmański Mosul, stając się potęgą świata islamskiego. Na nic się zdały nalegania templariuszy, by zniszczyć wroga póki nie urósł w siłę; chwiejny „król-regent” Gwidon, pozbawiony horyzontów politycznych, sprawdzający się tylko w dworskich intrygach, zwlekał... Na rezultaty nie trzeba było długo czekać, wojska chrześcijańskie pomimo bezgranicznego bohaterstwa templariuszy zostały rozgromione w „rogach Hittinu” w 1187 r., gdzie do niewoli się dostał Gwidon wraz z kwiatem arystokracji chrześcijańskiej oraz relikwia drzewa Krzyża Świętego. Jerozolima znalazła się w rękach Saladyna, który obrócił w niewolników wszystkich chrześcijan nie mogących się wykupić.

III wyprawa krzyżowa

Papież Klemens III polecił ogłosić kolejną krucjatę. Udzielono szerokiego poparcia przybyłemu ze wschodu bp. Wilhelmowi z Tyru, któremu udało się pociągnąć za sobą króla Anglii Ryszarda Lwie Serce, króla Francji Filipa Augusta i – co było największym sukcesem – wybitnego wodza cesarza Fryderyka I Barbarossę. Wymarsz poprzedziły staranne przygotowania, zebrano na potrzeby wojny we wszystkich krajach tzw. dziesięcinę saladyńską. Pierwszy wyruszył sędziwy już Fryderyk, przerąbując sobie drogę przez wiarołomne Cesarstwo Bizantyjskie, które weszło w sojusz z Saladynem. Fryderyk pisał w liście do księcia austriackiego Leopolda spod Adrianopola:

Wierz mi, jak poparzone dziecko obawia się ognia, tak w przyszłości nie możemy mieć zaufania do słów i przysięg składanych przez Greków.

Była królowa Jerozolimy Sybilla ostrzegała cesarza Fryderyka w korespondencji z tego samego roku:

Dla zbrodni i zatraty chrześcijaństwa, pragnącego wywyższenia Trójjedynego Boga, on (tj. Saladyn) wysłał 600 miar zatrutego zboża i jako addendę (=dodatek) liczne duże wazy wina, wypełnione tak złośliwą trucizną, że kiedy chciał wypróbować jej skuteczność zawołał człowieka, którego zabił zapach otwartych waz.

Sybilla kończyła list: „(...) nie powinieneś nigdy ufać cesarzowi bizantyjskiemu”. Po przeprawie na tereny Anatolii armia cesarska, w której przebywali również rycerze z terenów polskich, rozpoczęła zaciekłe walki z Turkami. Na nieszczęście Barbarossa utonął w rzece Salef w czasie kąpieli, topiąc tym samym szanse na sukces krucjaty... Wojska poprowadził jego syn Fryderyk Szwabski, który jednak zmarł 20 I 1191 r. podczas oblężenia Akkonu. Część rycerzy przyłączyła się do reszty wojsk krzyżowych; z nich właśnie powstanie podczas tego oblężenia niewielkie hospicjum, przekształcone kilka lat później w rycerski Zakon Najświętszej Maryi Panny, który w Ziemi Świętej zapisywać będzie piękne bohaterskie karty swojej historii.

Anglicy i Francuzi przybyli morzem w 1191 r. do outremer. Zdobyli Akkon i, niestety, była to ich jedyna wspólna akcja. Filip zdecydował się wrócić do kraju, twierdząc, że pielgrzymkę odbył. Wobec tego ciężar działań przeciw Saladynowi spoczął na królu Anglii Ryszardzie. Ten w błyskotliwej, chaotycznej kampanii pokonał wojska muzułmańskie, ale Jerozolimy nie odzyskał. Niepokojące wieści z Anglii zmusiły go do powrotu, jednak obiecywał wrócić. Pragnął osobiście spotkać się z godnym siebie przeciwnikiem, jakim był Saladyn. Przed wyjazdem Ryszarda podjęto rokowania, dzięki którym chrześcijanie uzyskali swobodę dostępu do miejsc świętych w Jerozolimie i trzyletnie zawieszenie broni. Nie było dane wrócić rycerzowi o „romantycznej duszy poety” do Palestyny, zmarł w wyniku rany od bełtu z kuszy w prywatnej wojnie. W pośmiertnym lamencie Gaucelm Faidit, prowansalski trubadur proroczo ubolewał: „Saraceny zaś, Turcy, pogany, Persowie,/ Co lękali się ciebie jak nigdy nikogo,/ Będą w swej pysze rosnąć wielce i uradzą,/ Iże Grobu Świętego nie oddadzą”. Mimo wszystko zapał religijny przepajał jeszcze europejskie rycerstwo. Chesterton napisał: „Świat chrześcijański był wówczas jakby jednym narodem, a Ziemia Święta frontem”.

IV wyprawa krzyżowa

Początek XIII w. zastał państwa chrześcijańskie w Ziemi Świętej w trudnej sytuacji. Papież Innocenty III na wieść o klęsce wyprawy Fryderyka Barbarossy wezwał cały stan rycerski Europy do udziału w nowej krucjacie. Aby wyposażyć wojska krzyżowe, całe duchowieństwo zostało opodatkowane przez papieża. W 1199 r. w czasie turnieju rycerskiego w zamku Ecri-sur-Aisne do udziału w krucjacie zobowiązali się hrabia Szampanii Tybald III i hrabia Blois Ludwik. Za ich przykładem poszło wielu możnych z północnej Francji. Papieżowi udało się przekonać do udziału w krucjacie Wenecjan, którzy mieli przewieźć i wyżywić wojsko w drodze do Ziemi Świętej. Po raz pierwszy celem wyprawy miał być Egipt – kraj, z którego wypływały kolejne fale ofensywy islamskiej. Wyprawa wyruszyła w 1202 r. z Wenecji. Już na wstępie doża wenecki Dandolo zażądał wbrew wcześniejszym ustaleniom, aby w zamian za transport krzyżowcy pomogli mu w zdobyciu twierdzy bizantyjskiej Zara. Rycerze zdobyli twierdzę, ale zostali wplątani w spór dynastyczny, popierając spowinowaconego z królem Francji Izaaka II Angelosa i jego syna Aleksjusza IV przeciw cesarzowi bizantyjskiemu Aleksemu III Angelosowi. Cena była wysoka: Bizancjum (wraz ze swoim Kościołem) miało przyjąć katolicyzm. Pyszny cesarz uszedł nocą po kryjomu ze swojej stolicy, zabierając najcenniejsze klejnoty, swoją kochankę i córkę, a pozostawiając rodzinę, żonę i cały lud. Papież Innocenty od samego początku sprzeciwiał się temu przedsięwzięciu. Po farsie rządów Izaaka II, krzyżowcy 13 IV 1204 r., po oblężeniu, zdobyli Konstantynopol, który został złupiony doszczętnie. Wilczyca kapitolińska, symbol Rzymu, powróciła na swoje miejsce z wielowiekowego wygnania. Do Europy Zachodniej napłynęły antyczne bogactwa bizantyjskich bibliotek, które przez greckich mędrców od dawna nie były już czytane. Św. Tomasz dzięki bezwzględnym krzyżowcom mógł poznać Arystotelesa. Wartość łupu wojennego skromnie oszacowano na 400 tysięcy grzywien kolońskich w srebrze. Utworzono Cesarstwo Łacińskie na Wschodzie, którego władcą został Baldwin, hrabia Flandrii. Patriarchat konstantynopolitański zlatynizowano. Niechęć do obrządku bizantyjskiego i polityki greckiej w Europie sięgnęła zenitu. Cesarstwo okazało się budowlą z piasku, bez poparcia niższych warstw społecznych, i rozsypało się w 1261 r. Od tej chwili Bizantyjczycy stali się oficjalnymi wrogami Zachodu, a muzułmanie byli ich naturalnymi sprzymierzeńcami. Wyprawa bizantyjska (przedsięwzięta pomimo jednoznacznego negatywnego stanowiska papieża) była konsekwencją nieodpowiedzialnej i antyłacińskiej polityki cesarzy greckich. Nie byli oni w stanie zauważyć zmierzchu wielkości swojego państwa, skazanego na pomoc łacinników.

Krzyżowcy od samego początku byli oskarżani przez siły antykatolickie o chciwość, o chęć zdobycia ziemi i bogatych łupów. Oskarżenia te są kontynuowane przez większość współczesnych historyków. Jednak czy Mojżesz, gdy wyprowadzał Lud Wybrany z Egiptu do Ziemi Obiecanej, nie opowiadał Izraelitom o bogactwach i urodzajnościach ziemi, która jest bezprawnie dzierżona przez Filistyńczyków, Amalekitów czy Ammonitów? Czy krzyżowcy postępowali z większą bezwzględnością niż naród wybrany? Czy chciwość łacinników była większa od chciwości Żydów? Pytania te pozostawiam bez odpowiedzi, ponieważ ta wydaje mi się oczywista...

Czwarta krucjata nie osiągnęła swego założonego celu. Wydawało się jednak, że usunięcie niewygodnego sąsiada ułatwi dzieło odzyskania Jerozolimy. O tym, jak głęboko świadomość krucjatowa przeniknęła ówczesne społeczeństwa europejskie, świadczyć mogą wydarzenia rozgrywające się w latach 1211-1212. Na terenie Niemiec i Francji pojawiły się dzieci utrzymujące, że dostąpiły objawień, w których Pan Jezus miał domagać się wyprawy złożonej z istot niewinnych, czyli dzieci. Ogarnięte religijnym zapałem, dzieci zaczęły zbierać się w większe grupy, wbrew woli nie tylko rodziców, ale również Kościoła i m.in. króla Francji, ogarnięte zamiarem podążenia na wyprawę krzyżową. Fantastyczne marzenia o rozstępującym się przed pielgrzymami morzu czy o uciekających armiach muzułmańskich, gromionych przez aniołów, ustąpiły miejsca śmierci z głodu, wycieńczenia i zimna oraz niewoli muzułmańskiej. Kilkanaście tysięcy dzieci utraciło życie, łącznie z „prorokiem” wyprawy, dziesięcioletnim Mikołajem na czele. Papież Innocenty, zdeklarowany przeciwnik „krucjaty dziecięcej”, wyznaczył do jej powstrzymania powstający zakon kaznodziejski św. Franciszka.

Jak widać pojęcie krucjaty, jako walki ze złem – religijnym, duchowym, społecznym lub politycznym – mocno zakorzeniło się w mentalności europejskiej: dowodem hiszpańskie „krucjaty”, zakończone sukcesem przez Izabelę Katolicką i Ferdynanda Aragońskiego pod koniec XV w; francuska krucjata św. Ludwika przeciw albigensom, niebezpiecznej herezji, która zakotwiczyła się w południowej Francji; „krucjaty połabskie” lub „krucjaty pruskie”, w których przeciw poganom brali udział książęta polscy w XII i XIII w. Hasło krucjaty poderwało rycerstwo środkowoeuropejskie w 1241 r. do walki przeciw najazdowi tatarskiemu, który zniszczył doszczętnie Węgry i księstwa polskie. Wyprawę krzyżową prowadził Krzysztof Kolumb, wyruszając w swoją niebezpieczną podróż w 1492 r. W późniejszych wiekach o krucjacie marzyli dwudziestojednoletni Don Juan de Austria, pogromca Turków spod Lepanto, równie młody Władysław Warneńczyk, Jan III Sobieski, maszerujący na czele skrzydlatej armii pod Wiedeń, papież Innocenty XI, pomysłodawca antytureckiej Świętej Ligi. Paradoksalnie, w XVIII w. tęsknoty za krucjatami najbardziej żywotne pozostaną w Rosji, rządzonej przez „błędnego rycerza” Pawła I. W wieku XX pojawi się zagrożenie stokroć groźniejsze od Turków i kolonialnego świata arabskiego – komunizm; wraz z nim powróci hasło krucjaty: w Hiszpanii w latach trzydziestych, prowadzonej przez powstańców gen. Franco, oraz w innych państwach, w których młodzież domagać się będzie „europejskiej krucjaty antybolszewickiej”.

Szok spowodowany fiaskiem czwartej krucjaty i krucjaty dziecięcej spowodował energiczne i przemyślane rozpoczęcie przygotowań do kolejnego wysiłku militarnego na Bliskim Wschodzie. W 1213 r. papież Innocety III ogłosił bullą Quia maior nową wyprawę krzyżową. Czasy jednak się zmieniły, wzrastający w Europie dobrobyt, wygodny styl życia oraz narastające między narodami Christianitas konflikty nie sprzyjały dziełu odzyskania Grobu Chrystusa. Jak pisze A. Vauchez, zainteresowanie krucjatami ograniczyło się do kręgu ludzi głęboko przenikniętych ideą religijną. Krucjata przygotowana przez papieża i książąt Kościoła w czasie Soboru Laterańskiego w 1215 r. została wyznaczona na rok 1217. Całe duchowieństwo obłożone zostało podatkiem na opłacenie transportu, zaś klątwa groziła wszystkim utrzymującym kontakty handlowe z muzułmanami, które zostały zawieszone na cztery lata. Ekskomunika ipso facto groziła za sprzedaż muzułmanom materiałów wojennych lub służbę we flocie pirackiej islamistów. Niestety, papież zmarł w roku 1216, nie doczekawszy rozpoczęcia działań, a do udziału w wyprawie zgłosił się zaciekły wróg papiestwa, cesarz Fryderyk II, sabotujący postanowienia Innocentego. W wyznaczonym czasie gotowe do wymarszu były jedynie wojska króla Węgier Andrzeja II (wśród nich byli rycerze z księstw polskich) i księcia austriackiego Leopolda VI, do których przyłączyły się niewielkie grupy Francuzów, Hiszpanów i Włochów. Fryderyk II wyprawę zignorował, Francuzi rozpoczynali walkę z albigensami, a Anglicy zbroili się do walki z Francuzami. Wojska w 1219 r. zaatakowały z pełnym sukcesem twierdzę Damietta w delcie Nilu, będącą kluczem do Egiptu. Jednak po odrzuceniu dość korzystnych ofert pokojowych sułtana Al-Kamila I, skłócone wojsko, nie wiedzące, kogo słuchać – króla jerozolimskiego Jana z Brienne czy legata papieskiego Pelagiusza – tonąc w błotach Nilu, dziesiątkowane przez czerwonkę, zostało zmuszone do pożałowania godnej kapitulacji. Damietta w 1221 r. znalazła się w rękach sułtana. Sytuację wykorzystał sprytny cesarz Fryderyk II, który w glorii krzyżowca, choć ekskomunikowany, wbrew papieżowi Honoriuszowi III przybył do Palestyny. Garstka wojska, którą ze sobą przyprowadził, nie toczyła żadnych walk z muzułmanami, których pochodzący z Sycylii cesarz darzył nabożną czcią, a sam Fryderyk II rozpoczął w Ziemi Świętej kurtuazyjną wizytę dyplomatyczną. Znienawidzony przez templariuszy cesarz w czasie wizyty w meczecie Al-Aksa, oprowadzany przez samego Al-Kamila, ze zdziwieniem zauważył misterne kraty w oknach meczetu. Zapytał, jaki jest cel umieszczania krat na dość sporej wysokości. Odpowiedziano mu, że chronią meczet przed wróblami, na co Fryderyk z szyderczym uśmiechem odparł: „A teraz Bóg na was zesłał wieprze”. A „wieprze” w dalszym ciągu ginęły z okrzykiem „Bóg tak chce!” na ustach i z krzyżem na piersiach. Fryderyk krakowskim targiem w 1229 r. odzyskał dla chrześcijan Jerozolimę, bez templum Domini i templum Salomonis, które pozostały meczetami, a także Betlejem, Nazaret i okoliczne miejscowości, oraz dziesięcioletni rozejm. Ziemia Święta została zdobyta bizantyjskimi metodami przez zachodniego cesarza, uważającego się za duchowego dziedzica Wschodu. Nie na długo, bo już w 1244 r. znalazła się ponownie w rękach tureckich.

Szalony krzyżowiec

Z sułtanem Al-Kamilem spotkał się wcześniej jeszcze inny wybitny człowiek pochodzący z Zachodu – św. Franciszek z Asyżu. Jakież inne było spotkanie pokornego poety-rycerza, najdoskonalszego krzyżowca krucjaty miłości i honoru, z dumnym wodzem islamu. Kiedy św. Franciszek spadł jak „grom z jasnego nieba” na rozłożone warownym obozem wojsko Chrystusowe pod Damiettą i obwieścił wodzom krucjaty chęć wyruszenia na spotkanie z sułtanem, wszyscy poczytali go za szaleńca. Bo też do tego trzeba było być Bożym szaleńcem, o odważnym sercu, heroicznej wierze, by wyruszyć samemu, bez broni doczesnej, przeciw hufcom Mahometa. Człowiek o posturze wygłodzonego biedaka, trubadur sławiący la Donna Poverta (Panią Biedę), stanął przed obliczem sułtańskim. Co nie udało się rycerzom z mieczem w dłoni, udało się rycerzowi odzianemu w wełnianą, brązową zbroję, z ostrogami misjonarza na gołych stopach, przyłbicą Mądrości Bożej i mieczem Wiary. Le Jongleur de Dieu, Boży błazen, jak nazywał siebie Franciszek, zażądał od Al-Kamila nawrócenia na chrześcijaństwo! Otoczenie muzułmańskie osłupiało i zawrzało ze złości, ale dla sułtana była to interesująca rozrywka. Al-Kamil zapragnął ujrzenia dowodu jednoznacznie ukazującego, że katolicyzm jest religią prawdziwą, a islam fałszywą. Wobec tego Franciszek wyzwał, jak przystało na rycerza, na Sąd Boży „duchownych” muzułmańskich; Sąd ten miał polegać na przejściu przez ogień. Muftowie przyjęli propozycję z chłodną rezerwą. Sułtan docenił wiarę Bożego błazna i wbrew naciskom dostojników polecił odeskortować go do obozu chrześcijańskiego. Chesterton w biografii św. Franciszka podsumowuje to wydarzenie słowami: „Ludzie lubili zanadto jego samego, aby mu pozwolić umrzeć za swoją wiarę, i przyjmowano człowieka zamiast głoszonej przez niego wieści”. Niestety, dotyczyło to nie tylko sułtana, ale dotyczy do dziś wielu chrześcijan. A przecież potrzeba nam obecnie wielu św. Franciszków! Wielu takich rycerzy jak on!

A tymczasem Ziemia Święta po odjeździe Fryderyka II, przyszłego króla Jerozolimy, stanęła w obliczu wojny domowej, sprowokowanej polityką namiestników cesarskich. Baronowie wraz z templariuszami, głównie Francuzami, ale również niemieckimi przeciwnikami Fryderyka, wystąpili przeciw zgubnej polityce ustępstw względem islamu proponowanej przez Włochów i dwa pozostałe zakony rycerskie. Trzeba zrazu zaznaczyć, że wśród zwolenników ostatniej opcji było wielu nie tylko znamienitych, ale także pobożnych ludzi. Doprowadziło to do zupełnego paraliżu wszelkich akcji zaczepnych prowadzonych przez chrześcijan. Islam rósł w siłę, kiedy wewnątrz państwa jerozolimskiego trwały zaburzenia. Kolejne ekspedycje krzyżowców w latach 1239-1240 spełzły na niczym. Jerozolima znalazła się w końcu w rękach arabskich, po krwawej bitwie pod Gazą.

Święty król

W 1244 r. na wieść o spustoszeniu i zburzeniu kościoła Grobu Pańskiego w Jerozolimie, na apel papieża Innocentego IV odpowiedział, noszący się już z tą myślą od pewnego czasu, król Francji św. Ludwik. „Najstarsza córa Kościoła” – Francja, przekazała poprzez swoich poddanych potrzebne kwoty do wyposażenia i przetransportowania wojska na Bliski Wschód. Ludwik wyruszył w napełniającej grozą sytuacji, kiedy padł Askalon, twierdza krzyżowców powstrzymująca zapędy islamskie w południowych częściach królestwa. W 1248 r. szósta krucjata stanęła u wrót Egiptu. Po krwawych walkach Ludwik zdobył twierdzę Damietta i rozpoczął marsz na Kair przez deltę Nilu. Muzułmanie tylko na to czekali: regulując śluzy na Nilu, spowodowali wylew rzeki, przez co krzyżowcy ugrzęźli w błocie, odcięci od wody pitnej i żywności. Malaria, czerwonka i inne choroby przetrzebiły szeregi rycerzy. W opłakanych warunkach, po tyleż bohaterskiej, co desperackiej obronie wojska ze świętym królem Ludwikiem kapitulowały przed mamelucką gwardią sułtana. Broniła się jeszcze Damietta, dowodzona delikatną, aczkolwiek stanowczą ręką królowej Małgorzaty, żony Ludwika. Oddano twierdzę za króla i część rycerzy – taka była cena walk w delcie Nilu. Załamany król, z nędznymi szczątkami swojej wyprawy wrócił do Palestyny, gdzie zarządził intensywne umacnianie twierdz i miast, przeczuwając nadchodzący kataklizm... W 1254 r. Ludwik IX otrzymał smutną wiadomość o śmierci swojej matki, królowej Blanki Kastylijskiej, co zmusiło go do powrotu w domowe pielesze. Czynił to niechętnie, jak ojciec troszcząc się o pozostawioną w Palestynie i w niewoli armię.

Przegrana dla św. Ludwika była ciosem, którą zniósł w pokorze, wyciągając z niej stosowną naukę. Za życia był już uważany za człowieka świętego, jak zgodnie piszą kronikarze i historycy, ale sam miał pełną świadomość swojej królewskiej małości i grzeszności – i właśnie ją potraktował jako przyczynę niepowodzenia krucjaty. A więc w pierwszym rzędzie krucjata wewnętrzna, umocnienie bastionów swojej duszy, oczyszczenie umysłu i uczynków z wszelkich śladów saraceńskiego grzechu! Poświęcenie swojego życia Chrystusowi, przez pokorne przyjęcie krzyża, nie tylko jako symbolu krucjaty. Św. Ludwik wstąpił świadomie na ścieżkę, którą kroczyli już przed nim św. Bernard i św. Franciszek. Całkowite oddanie! Czynił to już wcześniej, kiedy za niewielkie pieniądze kupił od Wenecjan Cierniową Koronę i część Św. Włóczni, zastawione im przez króla jerozolimskiego; kiedy wybudował wspaniałą paryską St. Chapelle po to, by umieścić w niej relikwie, kiedy w tej świątyni ślubował udział w krucjacie – ale po niepowodzeniach militarnych jego oddanie osiągnęło szczyty świętości. Dla katolickiego władcy, jakim był Ludwik, krucjata miała być zwieńczeniem życia doczesnego, koroną władania na swojej ziemi, nawet jeśli miała być to cierniowa korona niepowodzenia. Deus le volt!

Z koroną cierniową w rękach objeżdżał państwo, budząc nowy dla niej (tj. krucjaty) zapał w narodzie i głosząc ją wszędzie” – pisze ks. Umiński. Przed wyjazdem sporządził testament, przeczuwając, że nigdy nie powróci do Francji. Wojska Ludwika zaatakowały Tunis, skąd miały ruszyć na Egipt. Straceńcza krucjata opanowała Kartaginę, symbol odwiecznego wroga Rzymu i Europy. Szalejąca epidemia tysiącami zbierała żniwo w obozie Ludwika. Święty król zmarł wśród swoich żołnierzy z dala od ojczyzny, a ostatnimi słowami, które wyszeptał, były słowa jego miłości – „Jeruzalem, Jeruzalem”. W ślad za ojcem podążyła do Boga młoda lilia rodu Kapetyngów, syn Ludwika Jan Tristan. Może być spokojny naród, mający takich władców jak św. Ludwik. Dzięki heroicznej postawie króla Francji, powiodły się walki w Palestynie. Wierny swojemu bratu kontynuował jego dzieło król Sycylii Karol Andegaweński oraz książę angielski Edward I Plantagenet. Koronę ostatnich krucjat wieńczyły najpiękniejsze i najczystsze szmaragdy, św. Franciszek i św. Ludwik – podarunki, jaki Europa złożyła Chrystusowi w XIII w.

Początek końca

Cofać się, ale z honorem. Koniec II połowy XIII w. znaczyło dla chrześcijańskiej Palestyny pasmo porażek militarnych i politycznych w walce z fanatycznym sułtanem Bajbarsem, oraz rozpaczliwe poszukiwanie sojuszników, nawet jeśli mieliby nimi być pogańsko-nestoriańscy Mongołowie. Nastał również ciężki czas dla wschodniochrześcijańskich państw Ormian i Gruzinów, toczących desperacką walkę o utrzymanie swojej niezależności względem islamu. Europa straciła zainteresowanie ideą krucjat, przez co bezustannie płynący do tej pory potok ludzi do Ziemi Świętej zaczął zanikać. 18 IV 1268 r. wojska muzułmańskich mameluków zdobyły Antiochię, mordując całą chrześcijańską ludność miasta. Do 1271 r. Bajbars zawojował resztę księstwa Antiochii i prawie całe terytorium Królestwa Jerozolimskiego; od ostatecznej klęski uratowały chrześcijan jedynie pertraktacje Edwarda I Plantageneta i wojska sycylijsko-cypryjskie. W tym samym roku w ręce sułtana wpadły tereny z niezdobytym dotąd zamkiem Krak de Chevaliers, a po upływie ustanowionego rozejmu następca Bajbarsa zdobył Trypolis, dokonując rzezi chrześcijan.

Ileż dziatek pozostało sierotami, ileż matek uduszono, gdy głodne dzieciątko płakało przytulone do łona! Nieszczęsne kobiety, dziewczęta, panny, żony i młodzi chłopcy. (...) Ileż dziewcząt szarpano za włosy i pędzono na targ, aby tam sprzedać je za pieniądze

– lamentował ocalały z rzezi bp Gabriel. Ostatnią rubież obronną Europy w Ziemi Świętej stanowiło miasto Akka, w trudnych dniach 1291 r. zamienione na bronioną do ostatniego żołnierza twierdzę. Na dramatyczny apel posła cypryjskiego w Europie odpowiedział jedynie szwajcarski rycerz Otton z Grandson, który ze swoim bratankiem Piotrem z Estavayer i pocztem rycerskim wyruszyli bronić Akki. W początkach maja 1291 r. prawie stutysięczna armia mamelucka stanęła pod murami twierdzy. Prysły wszystkie waśnie w obliczu wroga; templariusze, joannici, krzyżacy, miejscowi pulanie, Pizańczycy i Cypryjczycy stanęli obok siebie na murach. 18 V mamelucy zaatakowali, używając do walki „podpalaczy”, posiadających granaty prochowe. Wielki Mistrz templariuszy, Wilhelm de Beaujeu, zebrał dwunastu rycerzy i ramię w ramię z Wielkim Mistrzem joannitów rozpoczął kontratak, w czasie którego został trafiony strzałą.

A kiedy poczuł, że jest śmiertelnie ranny, zaczął się cofać; sądzono, że zawraca, żeby się ratować. Brat, który niósł chorągiew, wycofał się, a za nim wszyscy templariusze. Wówczas krzyżowcy ze Spoleto (...) krzyknęli: „Na Boga, Panie, nie odchodź, inaczej miasto zginie!” Odpowiedział im: «Panowie, już nie dam rady, jestem martwy, spójrzcie na ranę...» Wtedy ujrzeliśmy strzałę przeszywającą jego ciało. (...) podtrzymali go i zdjęli z konia, i położyli go na tarczy bardzo dużej i bardzo długiej, którą tam znaleźli porzuconą.

Przez dziesięć dni odpierano zajadłe ataki, jednak widząc zgubny dla ludności cywilnej dalszy opór, postanowiono skapitulować. Słowo sułtana, który obiecał darowanie życia wszystkim chrześcijanom, nie było nic warte... Gdy Saraceni wpadli do miasta, rozpoczęła się masakra ludności.

Straszne rzeczy oglądało się w tym dniu, kiedy damy, mieszczki, panny tudzież ubogie kobiety ukradkiem przemykały ulicami, z dzieckiem na ręku. Przerażone i spłakane śpieszyły w stronę portu, próbując tam szukać ratunku, lecz kiedy napotkali je Saraceni, jeden chwytał matkę, drugi dziecko i wlekli je do rogu, a potem odrywali dziecko od matki. A jeżeli jakiś Saracen sprzeczał się z drugim o napotkaną kobietę, wtedy obaj ją zabijali. A zdarzało się, że zabierali kobietę, a dziecko rzucali na ziemię i tratowali końmi. Kobiety brzemienne gnali i pędzili tak, że umierały z uduszenia, a razem z nimi dziecko, które nosiły w łonie,

jak możemy przeczytać w kronice Gestes des Chyprois. Dziesięć tysięcy ludzi znalazło schronienie w twierdzy templariuszy, która miała kapitulować. Mamelucy wtargnęli do środka, rozpoczęli grabież, masakrę i gwałcenie kobiet. Templariusze wycięli ich w pień, zamykając na powrót bramy twierdzy. Od tej chwili jedyna droga z twierdzy wiodła wprost przed Majestat Króla królów. Mamelucy rozpoczęli podkop pod murami obronnymi, przez który wdarli się 28 V 1291 r. do twierdzy bohatersko bronionej przez rycerzy Chrystusa. Walka o każdy metr przestrzeni zakończyła się zawaleniem murów twierdzy, pod którymi znaleźli swój męczeński koniec rycerze wszystkich trzech zakonów i rycerze świeccy, a także dwa tysiące wojowników Mahometa. Krew chrześcijańska była droga tego dnia! Nad chrześcijańską Palestyną zaszło jasne słońce wiary w Chrystusa, a rozpoczęła się bardzo długa noc oświetlana przez pogański półksiężyc.

W następnym wieku o krucjatach pamiętali tylko nieliczni... Templariusze, aż do swojego nieszczęsnego końca, pragnęli kontynuować wojnę z niewiernymi. Joannici w 1306 r. zdobyli wyspę Rodos, która stała się, tak jak później Malta, bolesnym cierniem wbitym w świat islamu. Cypr przechodził burzliwe koleje losu, by w 1571 r. stać się własnością Turków. W 1364 r. objeżdżał Europę król Cypru Piotr I wzywający do krucjaty monarchów europejskich; był m.in. również gościem Kazimierza Wielkiego. Jednak przyjęty z wszelkimi honorami nic nie wskórał ani w Polsce, ani w Anglii, ani nigdzie indziej... Stopniowy rozpad Christianitas, pogrążanie się w partykularyzmie politycznym, doprowadziło do osłabienia idei krucjatowych. Z. Morawski, przedwojenny znawca XV-wiecznej Europy pisał:

Ale mimo powszechnej świadomości grożącego wszystkim niebezpieczeństwa, węzły, które w XI, XII, i XIII stuleciu były jeszcze dość silne, aby skupić ludy chrześcijańskie pod wspólny znak Krzyża, rozluźnił odtąd tak doszczętnie budzący się wszędzie u schyłku średnich wieków narodowy lub dynastyczny indywidualizm, że na krucjatę było już za późno.

Nie bez znaczenia był fakt, że zanik ducha wypraw krzyżowych związany był z osłabieniem papiestwa, które popadło w tzw. „niewolę awiniońską” za rządów króla Francji Filipa IV Pięknego, oraz pogrążeniem się w politycznym chaosie Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Oba czynniki, które były zdolne do zorganizowania takich przedsięwzięć, przeżywały głęboki kryzys. Wszelkie nadzieje na odzyskanie Palestyny pogrzebie rebelia Lutra, rozbijająca jedność religijną Europy Zachodniej oraz odkrycia geograficzne, które spowodują przesunięcie zainteresowań monarchów europejskich z Morza Śródziemnego na Ocean Atlantycki. Tymczasem Turcy parli na Zachód.

W 1360 r. Turcy wdarli się na teren Europy, odrywając od Cesarstwa Wschodniego rejon Adrianopola. Dalsza ekspansja na Bałkanach zakończyła się masakrą szlachty serbskiej na Kosowym Polu (1389 r.). Do walki z Turkami w obronie Węgier wyruszył cesarz Zygmunt Luksemburczyk, ale poniósł klęskę pod Nikopolis (1396 r.). Granica północna ekspansji tureckiej ustabilizowała się na Dunaju. W 1444 r. śmierć na polach pod Warną dosięgła młodego króla Węgier i Polski Władysława Jagiellończyka. 29 V 1453 r. sułtan turecki wjechał na białym koniu do jednego z najpiękniejszych kościołów świata Hagia Sophia w zdobytym przez Turków Konstantynopolu. Cesarstwo Bizantyjskie przestało istnieć. W 1526 r. w ciężkiej bitwie pod Mohaczem zginął z rąk Turków król Węgier Ludwik Jagiellończyk. Śmiertelne zapasy między chrześcijańską Europą a muzułmańskimi Turkami trwały jeszcze prawie dwieście lat, do momentu łamiącej osmański kręgosłup szarży pod Kahlenbergiem, dowodzonej przez Jana III Sobieskiego we wrześniu 1683 r.

Dziedzictwo krucjat

Nie można sobie wyobrazić Europy bez wypraw krzyżowych. Ch. Dawson stwierdził, że oznaczają one

punkt zwrotny w historii Zachodu: kres długich wieków słabości, izolacji i niższości kulturalnej. Oznaczają także przybycie nowych ludów zachodniego chrześcijaństwa do starych ośrodków kultury, położonych nad wschodnimi brzegami Morza Śródziemnego.

Z religijnego punktu widzenia krucjaty były widomym znakiem skutecznej chrystianizacji społeczeństw Christianitas, które przepojone wiarą gotowe były do poświęceń niewyobrażalnych dla człowieka „nowoczesnego”. Dlatego nie można wyrzec się krucjat, dziedzictwa danego nam przez surowych mężów tamtych czasów, co czynią w imię ekumenizmu moderniści. Krzyżowcy nie byli gorsi od nas, jak przedstawia to dzisiejsza propaganda. Byli grzeszni, bo byli tylko ludźmi. Mieli świadomość zła i słabości tkwiącej w sobie, zawstydzającą dla nas przepełnionych pychą, zadufanych w swoje siły.

Krzyżowcy niewątpliwie nadużyli swego zwycięstwa, ale bo też i było to zwycięstwo, którego można było nadużyć. A tam, gdzie jest zwycięstwo, tam jest i waleczność na polu bitwy, i popularność wśród tłumu. Istnieje pewien rodzaj zapału, co zachęca do wybryków i pokrywa winy

– pisał o krzyżowcach Chesterton. Na pytanie, czy Kościół powinien przepraszać za krzyżowców, należy odpowiedzieć przecząco! Polemika z modernistycznymi krytykami krucjat, z gębami pełnymi frazesów o tolerancji i prawach człowieka, na dłuższą metę jest pozbawiona sensu – i dlatego artykuł ten nie pretenduje do miana takiej polemiki. Przypomnieć należy słowa św. Bernarda z Clairvaux zawarte w Apologii Drugiej Wyprawy Krzyżowej:

Nie zależy mi na sądzie tych, którzy dobro nazywają złem, a zło dobrem, światłość biorą za ciemności, a ciemności za światłość. Zresztą, jeśli już chcą bluźnić, niechże bluźnią przeciwko mnie, a nie przeciwko Bogu – i czułbym się nieskończenie szczęśliwy służąc Mu za tarczę i wstrzymując zabójcze pociski krytyków i zatrute żądła potwarców, byle nie docierały do Niego!.

Patrzmy na Bliski Wschód: na Sudan, gdzie mordowani są chrześcijanie; na Algierię, Egipt, Pakistan, Liban, gdzie prześladuje się wyznawców Chrystusa; na Arabię Saudyjską, gdzie wykonuje się w dalszym ciągu publiczne egzekucje za posiadanie Biblii lub noszenie krzyżyka. Rzym milczy... Ω

Kalendarium krucjat

1095
poselstwo cesarza Aleksego I Komnena do papieża Urbana II; synod w Clermont
1096
I wyprawa krzyżowa
1099
zdobycie Jerozolimy
1100
koronacja Baldwina z Boulogne na króla jerozolimskiego
1109
krzyżowcy zdobywają Trypolis
1119
powstanie zakonu templariuszy
ok. 1120
powstanie zakonu joannitów
1128
powstanie zakonu krzyżaków
1142
budowa zamku Krak de Moab
1144
upadek Edessy
1147
II wyprawa krzyżowa
1148
nieudana akcja przeciw Damaszkowi
1169
Saladyn zostaje sułtanem Egiptu
1177
zwycięstwo pod Askalonem nad wojskami Saladyna
1187
klęska pod Hittinem; Saladyn zdobywa Jerozolimę
1189
III wyprawa krzyżowa
1190
śmierć cesarza Fryderyka I Barbarossy
1191
Ryszard I Lwie Serce zdobywa Cypr (maj) i pokonuje Saladyna pod Arsuf (wrzesień)
1202
IV wyprawa krzyżowa
1204
krzyżowcy zdobywają Konstantynopol; utworzenie Cesarstwa Łacińskiego
1212
krucjata dziecięca
1217
V wyprawa krzyżowa
1248
VI wyprawa krzyżowa
1270
VII wyprawa krzyżowa
1271
kapitulacja Krak des Chevaliers
1291
kapitulacja Akki; upadek królestwa jerozolimskiego

Prace wykorzystane w artykule:

Przypisy:

  1. W islamie i w żydostwie poligamia jest dozwolona; europejscy Żydzi od XI wieku przechodzą do monogamii, i obecnie olbrzymia większość muzułmanów żyje też w jednożeństwie” – F. Koneczny,
  2. Cywilizacja żydowska. Londyn 1974, s. 127.
W islamie i w żydostwie poligamia jest dozwolona; europejscy Żydzi od XI wieku przechodzą do monogamii, i obecnie olbrzymia większość muzułmanów żyje też w jednożeństwie” – F. Koneczny,
Cywilizacja żydowska. Londyn 1974, s. 127.
Strona głównaKapliceKomunikaty duszpasterskieMultimedia„Zawsze Wierni”KontaktKsięgarnia wysyłkowa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X

© 1997—2017 Wydawnictwo Te Deum sp. z o.o.