Odbudowa Trzeciej Świątyni Jerozolimskiej nastąpi w czasach politycznego zamętu na świecie, kiedy „siły dobra” stoczą zażartą walkę z „armią zła”. „I będzie: dnia onego uczynię Jeruzalem kamieniem ciężaru dla wszystkich narodów; wszyscy, którzy go będą podnosić, ciężko zranieni będą; i zbiorą się przeciw niemu wszystkie królestwa ziemi” (Zach 12, 3). Wydarzenia święte, wypełniające Boże wybraństwo Żydów, wiązać się będą z rozszerzaniem granic Izraela, którego potęga pognębi wrogów. „Rozprzestrzeń miejsce namiotu twego i skóry przybytków twych rozciągnij, nie oszczędzaj; uczyń długie powrózki twoje, a kołki twoje umocnij” (Izaj 54, 2–3). „Wiedz i znaj naprzód, iż gościem będzie potomstwo twoje w ziemi nie swojej i podbiją je w niewolę, i utrapią je przez czterysta lat. Wszakże naród, u którego w niewoli będą, ja sądzić będę; a potem wynijdą z wielką majętnością” (Rodz 15, 13–14). Dzień zwiastujący ten okres będzie taki sam jak dzień Boskiego wybrania Abrahama: „A gdy zaszło słońce, nastała gęsta ciemność i ukazał się piec kurzący się i pochodnia ognista przechodząca między owymi przedziały” (Rodz 15, 17). Dymiące wieże World Trade Center stanowiły, zdaniem Michała Collinsa Pipera, dzień szczególny – dzień konwergencji, w którym twarda polityka amerykańskich republikanów ostatecznie pokryła się z geopolitycznymi celami dążącego do hegemonii Izraela1. Nadchodzi czas wojny. „Wsiadajcie na konie i wyskakujcie na wozach, a niech się ruszą mocni, Etiopia i Libijczycy, którzy noszą tarczę, i Lidyjczycy porywający i puszczający strzały. Ale to dzień Pana, Boga zastępów, dzień pomsty, aby się pomścił nad nieprzyjaciółmi swymi; pożre miecz i nasyci się i upije się krwią ich; bo ofiara Pana, Boga zastępów, w ziemi północnej nad rzeką Eufratem” (Jer 46, 9–10). Irak z woli samego Boga paść musi. Dzisiejsza „kreatywna destrukcja” (Michał Ledeen), „wieczna wojna dla wiecznego pokoju”, zdaniem amerykańskiego specjalisty wojskowego, profesora Roberta Hicksona, stanowi realizację strategicznych celów polityki izraelskiej, mającej na celu rozpoczęcie nowej epoki mesjańskiej, umożliwiającej odbudowę Świątyni Jerozolimskiej, symbolizującej wielkość i wieczność Izraela2. Wiernie sekundują w tym amerykańskie elity neokonserwatywne, nazywane „chrześcijańskimi syjonistami”.
„Żandarm” idzie na wojnę
Niewątpliwie przyczyny dzisiejszego konfliktu bliskowschodniego stanowią zagadnienie złożone, łączące w sobie wiele różnych aspektów polityki, geopolityki, ekonomii, jak również quasi-religijnej ideologii. W aktualnie kończącej się wojnie, która otwiera nowy rozdział w dziedzinie wykorzystania mediów do celów propagandowych, niezwykle silnie, obok elementów religijnych, występuje podkreślanie amerykańskiego prawa do samoobrony. Dla prezydenta Stanów Zjednoczonych, Jerzego W. Busha, wojna z Irakiem jest kolejnym etapem amerykańskiej krucjaty przeciw terroryzmowi, odpowiedzialnemu za bezprecedensowy atak 11 IX na WTC, atak, który obudził USA z „amerykańskiego snu”, odzierając rząd i obywateli ze złudzenia życia w bezpiecznym kraju, który prowadzi czasem wojny w odległych miejscach na świecie. Wojna zapukała do drzwi. – Prezydent Bush w swoim przemówieniu z 18 III 2003 roku podkreślał, że planowany wówczas atak na Irak posiada mandat ONZ oraz jest obroną bezpieczeństwa USA. „W desperacji on [Husajn] i grupy terrorystyczne mogą próbować przeprowadzenia operacji terrorystycznych przeciwko narodowi amerykańskiemu i naszym przyjaciołom. Ataki te nie są nieuchronne. Są jednak możliwe. I ten właśnie fakt uwidacznia, że nie możemy żyć pod groźbą szantażu. Zagrożenie terrorystyczne dla Ameryki i świata zostanie zmniejszone w chwili, gdy Saddam Husajn zostanie rozbrojony. Nasz rząd ze wzmożoną uwagą obserwuje te niebezpieczeństwa. W ostatnich dniach amerykańskie władze wydaliły z kraju pewnych osobników, powiązanych z irackimi służbami wywiadowczymi”3. Zdaniem wielu Amerykanów, w tym kaznodziejów protestanckich z otoczenia prezydenta USA, 11 IX był karą za grzechy Ameryki, które można zmazać tylko poprzez powrót do „amerykańskich cnót”4. „Amerykańskie cnoty” stały się w związku z tym również towarem eksportowym, dołączonym do amerykańskiej wizji zbawienia świata poprzez demokrację i postęp „made in USA” oraz tzw. American way of life. Redaktor „Stosunków Międzynarodowych” Michał Sikorski stwierdza naiwnie: „Cieszymy się, że (...) «żandarmem» zostało państwo, którego przynajmniej duża część wartości «eksportowanych» w świat zbieżna jest z naszymi”5.
„Produkt syjonistycznych ekstremistów”
Amerykańscy przeciwnicy wojny w Iraku zwracają uwagę na liczne powiązania polityki Busha z polityką prowadzoną przez Tel Awiw. Publicysta tygodnika „American Free Press” pisze wprost: „To, co nazywają «wojną przeciw terroryzmowi», jest produktem syjonistycznych ekstremistów zabiegających o wpływy Izraela”. Propagandowy termin „wojna z terroryzmem” został wprost zaczerpnięty z napisanej przez byłego premiera Izraela B. Netaniahu, a wydanej w 1986 roku książki Terrorism: How the West Can Win (‘Terroryzm: w jaki sposób Zachód może wygrać’), na kartach której wypowiedział on wojnę światowemu terroryzmowi6. Finansowany obficie przez amerykańskich Żydów „Christians for Israel Today” cytuje szefa Mossadu Efraima Halevy’ego, który w trakcie konferencji w kwaterze NATO w Brukseli stwierdził: „11 IX rozpoczęła się III wojna światowa”, podając jako rzekomych wrogów USA – Irak, Syrię i Libię7. W podobnym tonie komentowała wydarzenia prasa izraelska, stwierdzając: „11 IX był oficjalną, bezwzględną deklaracją III wojny światowej”8. Pytanie nasuwające się brzmi: kto jest naprawdę agresorem? Czy wojna toczona jest z widmowymi terrorystami, którzy są wszędzie i nigdzie? Na to pytanie odpowiedzi udzielił wpływowy protestancki kaznodzieja Franklin Graham w trakcie otwarcia Muzeum Pamięci w Waszyngtonie 14 IX 2002 roku: „USA jest zaangażowane w wojnę z terroryzmem. To jest wojna wyjątkowa dla Ameryki. Nie walczymy, by zatrzymać Hitlera lub komunizm... To, co zaatakowało Amerykę, nazywa się Allach”9.
Mając w pamięci wypowiedź ambasadora Izraela w Polsce, którego 11 IX 2002 roku bardzo interesowały nastroje ulicy w Palestynie, nie sposób zignorować cytowanych informacji tygodnika „American Free Press”. Zamach terrorystyczny w Nowym Jorku był wystawieniem polityce izraelskiej na Bliskim Wschodzie czeku in blanco10. Amerykańskie liberalne pismo „The Atlantic”, komentując zmiany w polityce USA po 11 IX pisze wprost, że izraelskie władze posiadają prawo do zwalczania terroryzmu palestyńskiego „przy użyciu jakiejkolwiek taktyki”11. W dniu zamachu w Nowym Jorku Netaniahu w wywiadzie dla telewizji izraelskiej stwierdził, że wydarzenie to zacieśni relacje polityczno-wojskowe pomiędzy USA a Izraelem, powodując również wzrost sympatii dla Izraela na świecie12. Późniejsze wydarzenia, tj. wybuch drugiej palestyńskiej intifady, bestialstwo żołnierzy izraelskich i pamiętne oblężenie bazyliki Narodzenia Pańskiego roztrwoniły szybko moralny kapitał żydowskich elit politycznych, coraz częściej krytykowanych na całym świecie. Jednak współdziałanie amerykańsko-izraelskie nie uległo osłabieniu. Wręcz przeciwnie, Amerykanie wbrew swoim interesom rozpoczęli niebezpieczną grę polityczną na Bliskim Wschodzie, prowokując pożądany przez Izrael konflikt z Syrią w listopadzie 2002 roku. Presja dyplomatyczna Departamentu Stanu USA wywierana na Syrię po pamiętnej masakrze w Hebronie została przyjęta z zadowoleniem przez izraelskich wojskowych i polityków13. W Ameryce pytano: „Co jest grane?”. Tacy znawcy polityki bliskowschodniej, jak np. profesor Ernest Evans z Kansas City Community College, zauważali niekonsekwencję polityczną aktualnej amerykańskiej ekipy rządzącej: „Jeśli chcemy stanąć na czele światowej kampanii antyterrorystycznej, to musimy posiadać bardzo wielu sprzymierzeńców w świecie islamu”14. Tymczasem wypowiedzi Busha, głoszące krucjatę w imię wartości amerykańskich i epatujące protestancką religijnością, czy agresywne wypowiedzi czołowych przedstawicieli Białego Domu, powodowały skutek odwrotny. Arabia Saudyjska, popierająca Amerykanów w I operacji bliskowschodniej, ogłosiła sprzeciw wobec polityki USA; tendencje reformatorskie w Iranie zostały, na skutek wypowiedzi Busha, zahamowane i wzmocniły fundamentalistów, a interwencja w Afganistanie spowodowała nieufność całego świata arabskiego. Czy w takim razie Bush i jego ekipa rzeczywiście prowadzą w Iraku kolejny etap kampanii w „wojnie ze światowym terroryzmem”?
Analiza wypowiedzi płynących z Waszyngtonu, konfrontowana z działaniami amerykańskich „jastrzębi”, skłania do udzielenia odpowiedzi negującej „wojnę z terroryzmem” jako przyczynę konfliktu bliskowschodniego, którego jesteśmy świadkami. Jest to raczej element prowadzonej „wojny medialnej”, czy – mówiąc językiem polityki – „wojny propagandowej”, prowadzonej przez Waszyngton, a obliczonej na uzyskanie poparcia międzynarodowego i zdyskredytowanie ewentualnych przeciwników politycznych. Prezydent Bush w wystąpieniu z 18 III 2003 roku, komentując podjętą decyzję o uderzeniu prewencyjnym na Irak, zarzucił temu bliskowschodniemu państwu posiadanie broni chemicznej i biologicznej oraz tworzenie potencjału nuklearnego, który powinien znajdować się na całym świecie pod ścisłą kontrolą międzynarodową – czyli kontrolą USA. Świadczyć o tym miał posiadany przez iracką armię arsenał rakietowy, który powinien zostać natychmiast zniszczony. Prócz zarzutów związanych z popieraniem terroryzmu, wspieranych licznymi artykułami prasowymi o miernej jakości, Bush wezwał lewicowego dyktatora Iraku do opuszczenia terytorium państwa w przeciągu 48 godzin od uzyskania ultimatum. „Jest za późno dla Saddama Husajna, by pozostał u władzy” – powiedział prezydent Bush15. Oparte rzekomo na rezolucji ONZ nr 1441 orędzie prezydenta USA spotkało się jednak z miażdżącą krytyką tej organizacji i wielu państw na całym świecie. Władze Francji na przekór USA stwierdziły, że decyzja o ataku na Irak i tak już zapadła, nawet jeśli władze irackie spełnią wszystkie warunki USA i ONZ. Z oporami, ale w zgodzie z postanowieniami rezolucji, pod czujnym okiem obserwatorów ONZ dokonano w Iraku zniszczenia rakiet Al-Samud 2, które posiadały (według izraelskich specjalistów) przekroczony dopuszczalny zasięg o 150 km16. Obliczono, że inspekcja ONZ, przebywająca z przerwami w Iraku od 1991 do 1998 roku, zniszczyła więcej broni niż amerykańska armia w trakcie operacji „Pustynna Burza”.
Od kiedy Irak na celowniku?
Kiedy w takim razie zapadła decyzja o przeprowadzeniu amerykańskiego uderzenia na Irak? Wielu specjalistów uważa, że jeszcze w roku 2002. Już 20 IX 2002 r. J. W. Bush w swoim przemówieniu zapowiedział, powołując się na zagrożenie terroryzmem i bronią masowego rażenia, „uderzenie zapobiegawcze” na Irak. Józef Cirincione z Carnagie Instiute w swojej analizie amerykańskiej polityki bliskowschodniej podaje dowody na poparcie tezy, że decyzja o ataku zapadła na długo przed polityczną akcją przeciw Saddamowi17. Już w trakcie operacji „Pustynna Burza” w 1991 roku wpływowy polityk republikański Paweł Wolfowitz sprzeciwił się zakończeniu wojny w Zatoce Perskiej na odbiciu z rąk irackich Kuwejtu. Opracowany przez niego projekt nie spotkał się jednak z przychylną oceną wojskowych i Busha-seniora. Projekt zawierał jednak cele wyznaczone przez neokonserwatystów, które wybijają się dziś na czoło w medialnym zgiełku – zabezpieczenie złóż ropy, walkę z terroryzmem i powstrzymanie rozprzestrzeniania się broni masowego rażenia. Wolfowitz nie wahał się wezwać do samodzielnego działania w razie braku zgody międzynarodowej opinii publicznej. Zdaniem analityka z Carnagie Instiute, obecnie Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA oparta jest właśnie o dokument z 1991 roku. W 1998 r. to samo środowisko polityczne wystosowało list otwarty do prezydenta Wilhelma Clintona, podpisany przez czołowych polityków neokonserwatywnych, w którym wezwało prezydenta USA do „usunięcia Saddama przy użyciu siły”18. Tworząc Project for the New American Century (PNAC) w r. 2000, neokonserwatyści Wilhelm Kristol i Robert Kagan opracowali raport dotyczący zmian w polityce obronnej USA: „USA w przeciągu kilku najbliższych dziesięcioleci musi znaleźć sposób na bardziej trwałą obecność w systemie bezpieczeństwa regionu Zatoki Perskiej. Jeśli konflikt z Irakiem dostarczy natychmiastowego usprawiedliwienia, należy w ten rejon wprowadzić znaczne siły zbrojne, które zakończą rządy Saddama Husajna”19. Wraz z atakiem terrorystycznym na WTC Wolfowitz wzmógł naciski na prezydenta USA, co dziennikarz „New Yorkera” Marek Danner skomentował następująco: „Nadarzyła się okazja do przedstawienia wojny z Irakiem w kategoriach wojny z terroryzmem, jako z państwem stanowiącym życiowe zagrożenie dla USA”20. Pomysły ekipy Rumsfelda i Wolfowitza spotkały się ze zdecydowanym sprzeciwem Colina Powella, którego opór jednak, ze względu na doskonale zorganizowaną akcję neokonserwatystów, stopniowo słabł21. Już w 2002 roku Sekretarz Stanu zgodnie śpiewał w neokonserwatywnym chórze: „Nasza polityka bliskowschodnia ma na celu zwycięstwo w wojnie z terroryzmem, rozbrojenie Iraku i w końcowym efekcie zakończenie konfliktu palestyńsko-izraelskiego”22. Jeśli zatem wojna z terroryzmem jest tylko zasłoną dymną rządzącej aktualnie Ameryką elity politycznej, to jakie są autentyczne przyczyny konfliktu z Irakiem?
Bóg i pieniądze
Czy prawdziwe jest zdanie, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze? Proamerykańskie media z lubością sugerują ekonomiczne przyczyny toczonej na Bliskim Wschodzie wojny. Ropa, petrodolary, wpływy amerykańskich koncernów naftowych, finansowe plany odbudowy Iraku porównywalne z „Planem Marshalla” i zagrożenie kryzysem paliwowym – to ulubione tematy dziennikarzy, które jednak tylko pogłębiają dezorientację w tej mieszaninie wpływów i gier politycznych23. Amerykański rzecznik Departamentu Stanu Filip Reeker neguje związek przemysłu naftowego z „partią wojenną” w Białym Domu. Korespondent „Polityki” Robert Moreń pisze: „Nie pozwala nawet dokończyć pytania: – Nie idziemy na tę wojnę dla ropy! Saddam Husajn jest potworem, który sprzyja terrorystom. Ukrywa broń masowego rażenia i jego pozostawanie przy władzy może zagrozić światu – mówi z naciskiem. Na stwierdzenie o braku dowodów na udział Husajna w przygotowaniu zamachów 11 września Reeker reaguje machnięciem ręki: – Tak naprawdę to nie ma już teraz znaczenia. Pod jego nosem działała komórka Al-Kaidy i jest pewne, że iracki dyktator skorzysta z następnej okazji, by zadać cios Ameryce. Nie możemy do tego dopuścić”24. Pierwszoplanowa gwiazda polityki USA – Donald Rumsfeld, powiązany z koncernami naftowymi – pytany o rolę ropy naftowej w tym konflikcie odpowiada w charakterystyczny przez siebie, bezpośredni sposób: „To nonsens!”. Sugeruje natomiast, że na Bliskim Wschodzie znajduje się aż 65% światowych zasobów ropy, co mogłoby doprowadzić do „szantażu naftowego”. Za Rumsfeldem informacja ta jest szeroko kolportowana w mediach; powtarza ją cytowany już redaktor „Stosunków Międzynarodowych” Michał Sikorski: „Amerykanie walcząc o swoje interesy chcąc nie chcąc walczą też o interesy nasze i świata, chociażby przez próbę niedopuszczenia do kryzysu naftowego”25. Trudno traktować takie wypowiedzi poważnie w świetle danych przedstawionych przez prof. Mirosława Dakowskiego w artykule Wojny o energie (niepublikowany), zajmującego się kwestiami złóż energetycznych i wykorzystania paliw. Faktem nie podlegającym dyskusji jest sprawowanie władzy w USA przez ekonomiczne „lobby naftowe”, w szeregach którego znajduje się prezydent Bush, wiceprezydent Cheney, „Stalowa Magnolia” Condoleezza Rice czy Ryszard Perle. Wszystkie te osoby są powiązane z amerykańskimi neokonserwatystami. Profesor Dakowski twierdzi (opierając się m. in. na analizach amerykańskiego oficera służb specjalnych Roberta Hicksona), że dzisiejszy konflikt iracki nie ma nic wspólnego z walką o usunięcie wizji kryzysu naftowego, ale chodzi w nim o totalną kontrolę nad najważniejszymi na świecie złożami ropy. Analiza cen wydobycia ropy zestawiona z ceną jednej baryłki, szacunkowa wartość irackich złóż skonfrontowana z kosztami amerykańskiej polityki, a także niezwykła ruchliwość mocarstw w tym rejonie świata raczej sugeruje inne przyczyny konfliktu, których Dakowski, tak jak Hickson, poszukuje w sferze teologiczno-filozoficznej. Argumentacja dla plebsu musi się opierać na podstawach materialnych, ale argumentacja przedstawiana elitom wskazuje podstawy w podlanych biblijnym sosem mechanizmach starć cywilizacyjnych, ostatnio modnych wśród amerykańskiej socjety.
Bliskowschodnia szachownica
Karol Haushofer (jeden z najwybitniejszych współtwórców geopolityki) twierdził, że polityką od wieków rządzi geografia. – W ten sposób wkraczamy na pole geopolityki i geostrategii. Dlaczego w ostatnich czasach rejon bliskowschodni jest jednym z najbardziej zapalnych miejsc na kuli ziemskiej? Problem pośrednio wiąże się z kwestią złóż ropy naftowej. Aktywność Stanów Zjednoczonych na szeroko pojętym Bliskim Wschodzie (od Indii do Morza Śródziemnego), rosyjskie „parcie na południe” w rejonie Kaukazu oraz wzrost wpływów chińskich w rejonie bliskowschodnim wiążą się z wagą strategicznego położenia państw w tej części świata. Dzięki kontroli nad tym kawałkiem Azji w rękach supermocarstwa pozostaną ważne szlaki transportowe ropy do głównego odbiorcy, czyli Europy. Kto posiada Bliski Wschód, ten posiada kontrolę nad Europą, ale i... Rosją. Rejon geograficzny pomiędzy Morzem Śródziemnym a Zatoką Perską jest terenem przejściowym łączącym trzy kontynenty, umożliwiającym kontrolę nad wszelkimi ruchami wychodzącymi z Heartlandu (w amerykańskiej doktrynie geopolitycznej Mackindera określa się w ten sposób „wewnętrzną krainę azjatycką”, pokrywającą się mniej więcej z Rosją), więc jego kontrola powoduje również blokadę Rosji. Stąd zaniepokojenie Moskwy aktualną sytuacją w Iraku, które objawia się m. in. wysłaniem w rejon Zatoki Perskiej rosyjskich okrętów podwodnych. Pionki na politycznej szachownicy przesuwają się... Wypchnięcie Rosji z Kazachstanu, Turkmenii, Gruzji (dokonujące się), zdobycie kontroli nad Pakistanem, Afganistanem, Irakiem, dobra współpraca z Turcją26 – jednym słowem kontynuacja polityki Busha-seniora – spowodowałoby, przy jednoczesnym wyparciu wpływów rosyjskich z Europy Wschodniej, zamknięcie polityczne tego państwa. Czy jednak o to – tzn. o „finlandyzację” Rosji – chodzi?27 Dziennikarz gazety „Al-Hayat” definiuje cele strategiczne Ameryki odmiennie: „Stany Zjednoczone rozpoczęły imperialistyczną przygodę na Bliskim Wschodzie. Celem wojny nie jest bowiem rozbrojenie Iraku. (...) USA dążą do światowego imperium na wzór dawnej potęgi Brytyjczyków. Potrzebny im Irak, bo ma bogate zasoby ropy i strategiczne położenie. Największy nacisk na wojnę wywierali amerykańscy Żydzi, w większości zwolennicy Ariela Szarona. To dla nich szansa na krociowe zarobki i zwiększenie wpływu na Busha, któremu brak politycznego doświadczenia”28. Zdobycie kontroli nad dorzeczem Eufratu i Tygrysu powoduje również rozbicie geopolitycznej spoistości świata arabskiego, który podzielony już nie tylko religijnie, ale i podporządkowany obcym wpływom, straciłby swoją siłę polityczną na rzecz sojuszników USA, a raczej jedynego poważnego sojusznika USA – Izraela. Jesteśmy świadkami nie tylko zdobywania przestrzeni, ale również osaczania Iranu.
Politycy amerykańscy bardzo nie lubią poruszać tego tematu. Wszelkie sugestie czy pytania dotyczące tzw. „amerykańskiej wojny żydowskiej” powodują wściekłe ataki ze strony rządzącej ekipy Busha, ale już pobieżne przyjrzenie się mapie ukazującej zasięg irackich rakiet wskazuje, że stanowiły one niebezpieczeństwo nie dla USA, ale – Izraela. Komentator „The Times” w wywiadzie przeprowadzonym z Arielem Szaronem podkreśla, że Amerykanie przyrzekli Szaronowi, iż pierwszoplanowym celem akcji militarnej w Iraku będzie zniszczenie irackiej broni rakietowej29.
Czy tu wszędzie jest Izrael?
Argumentów na poparcie tezy o wojnie przeciw Irakowi prowadzonej w imię interesów izraelskich poszukiwać należy w działaniach politycznych USA oraz w wielu aspektach zagranicznej polityki Izraela ostatnich lat (która pokrywa się z decyzjami ekipy Busha) w wyjaśnieniu problemu tożsamości i ideologii amerykańskich neokonserwatystów i specyfice amerykańskiego uniwersalizmu.
Mniej więcej do lat ’70 amerykańska polityka zachowywała dużą powściągliwość wobec państwa żydowskiego w Palestynie, wielokrotnie przywołując do porządku żydowskie elity polityczne marzące o hegemonii w regionie. Zmiana, polegająca na oparciu amerykańskiej polityki bliskowschodniej na Izraelu, nastąpiła w czasie przejęcia kontroli nad polityką zagraniczną USA przez Kissingera, który – nie bez zastrzeżeń – udzielił poparcia syjonistom30. Jednak relacja polityczna opierająca się na dominacji amerykańskiej nie odpowiadała Żydom. Na zmianę musieli czekać jeszcze dwadzieścia lat, w czasie których w USA powstawało i krzepło potężne żydowskie lobby polityczne. Dało ono o sobie znać w zorganizowany sposób w trakcie bliskowschodnich rozmów pokojowych w Oslo w 1993 roku, kiedy doskonale poinformowana dyplomacja izraelska ośmieszyła polityków amerykańskich, zawierając kompromis bez zgody i kurateli USA. Izraelski komentator polityczny Daniel Ben-Simon z dziennika „Dwar” podsumował wydarzenie: „aż do niedawna polityka zagraniczna Izraela była prowadzona według reguł narzuconych przez Departament Stanu i Biały Dom. Niczego nie czyniono wbrew tym regułom. Autorami wszystkich dotychczasowych inicjatyw pokojowych na Bliskim Wschodzie byli Amerykanie. (...) Porozumienie z Oslo okryło wstydem patrona Izraela”31. Jednak rok 1993 był nie tylko zamknięciem okresu kurateli amerykańskiej nad polityką Izraela, która powoli kończyła się już za prezydentury Cartera, ale czasem odwrócenia się zależności, zademonstrowanym zawarciem żydowsko-palestyńskiego porozumienia. Od tego czasu polityka Białego Domu, zwłaszcza za rządów Clintona i Busha-juniora, ulegała pogłębiającej się tendencji do przyjmowania za korzystne dla USA tego, co wychodzi na dobre Izraelowi. Interesującym szczegółem jest jednak przyjęcie perspektywy Żydów amerykańskich, nie zaś izraelskich elit politycznych32. Zależność polityczną przedstawia dziennikarz „Haaretz” Orri Nir, pisząc o Clintonie: „poczuwa się do zobowiązań wobec żydowskiego elektoratu, a jeszcze bardziej z powodu żydowskich dotacji na jego kampanię”; jego administracja „ma trwałe żydowskie powiązania”33. Nie inaczej sprawa przedstawia się dziś, za prezydentury J. W. Busha, nazwanego przez dziennikarzy „The Independent” „papugą Szarona”. Robert Fisk w swoim ostrym felietonie zadał retoryczne pytanie: „Zastanawiam się, czemu Bush nie pozwala Szaronowi kierować biurem prasowym Białego Domu. Byłoby to nie tylko uczciwsze – poznalibyśmy izraelską opinię z pierwszej ręki – lecz również oszczędziłoby amerykańskiemu prezydentowi upokarzającego papugowania wszystkiego, co mówią mu Izraelczycy”34. Robert Fisk z „The Independent” w innym swoim artykule twierdzi, że działania wojenne w Iraku są w istocie papierkiem lakmusowym, dzięki któremu łatwe do ustalenia stają się ośrodki podejmujące decyzje w USA. „Może dowiemy się wreszcie, kto naprawdę prowadzi amerykańską politykę bliskowschodnią: USA czy Izrael?” – sugeruje Fisk35.
Poddając analizie strategiczne cele polityki izraelskiej na Bliskim Wschodzie trudno oprzeć się wrażeniu, że jest ona ściśle realizowana przez ludzi Busha. Twórcy państwa żydowskiego w Palestynie od początku podkreślali, że zasięg terytorialny wpływów Izraela na Bliskim Wschodzie jest tymczasowy i nie spełnia biblijnych norm. Rabbi Fishman, członek Agencji Żydowskiej w Palestynie, w swoim testamencie politycznym dla ONZ napisał: „Ziemia Obiecana rozciąga się od Nilu do Eufratu, wraz z częścią Syrii i Libanem”36. Dzisiejsze władze Izraela zgadzają się z tym – Ariel Szaron w trakcie swojego przemówienia inauguracyjnego w 2000 roku stwierdził: „Jordania stanowi historyczną część Eretz Israel”37. Wszystkie te poglądy zawierają się w stwierdzeniu Dawida Ben Guriona: „Żydzi nie otrzymali prawa do Palestyny od Wielkiej Brytanii, USA czy ONZ. Politycznie tak, ale historycznie i prawnie mandat ten w ostateczności pochodzi z Biblii”38. Izrael Szahak w swoich książkach analizujących politykę izraelską twierdzi, że wszystkie hasła i cele polityczne tego państwa posiadają silne zakotwiczenie w specyfice judaizmu39. Żydowska interpretacja Biblii odnosi wszelkie zapisy dotyczące podbojów żydowskich w przeszłości do praktyki dnia dzisiejszego, przeradzając się, zdaniem Rogera Garaudy’ego, w żydowski „mit czystki etnicznej”. Przykładem przeniesienia tego mitu w praktykę polityczną była masakra 254 cywilnych mieszkańców palestyńskiej wioski Deir Yassin, dokonana 9 IV 1948 r. przez komando Irgun, czerpiące natchnienia z interpretacji Księgi Jozuego40. Współczesna interpretacja tej księgi, dokonywana przez syjonistów, nie jest już oparta na podboju i militarnym utworzeniu „Wielkiego Izraela”, ale na stworzeniu izraelskiej przestrzeni politycznej na Bliskim Wschodzie, opartej na dominacji Żydów41. Nosi ona nazwę „doktryny Kedouriego”, koncepcji stosowanej w polityce izraelskiej od lat ’50, a polegającej na konsekwentnym anarchizowaniu przestrzeni politycznej znajdującej się pomiędzy Nilem a Eufratem oraz utrzymywaniu równowagi pomiędzy państwami muzułmańskimi, dzięki której Izrael posiada dominującą pozycję militarną i polityczną w regionie42. Granice wpływów określa szczegółowo Księga Rodzaju i Księga Powtórzonego Prawa: „Owego dnia uczynił Pan przymierze z Abramem, mówiąc: «Potomstwu twemu dam tę ziemię od rzeki Egipskiej aż do rzeki wielkiej Eufratu, Kenijczyków i Kenezejczyków, i Kedmonejczyków, i Hetejczyków, i Ferezyjczyków, Rafaimów też, i Amorejczyków, i Chananejczyków, i Gergezyjczyków, i Jebuzejczyków»” (Rodz 15, 18–21); „Wszelkie miejsce, na które stąpi noga wasza, wasze będzie. Od puszczy i od Libanu, od rzeki wielkiej Eufratu aż do morza Zachodniego będą granice wasze” (Powt 11, 24). Wypowiedzi czołowych polityków izraelskich potwierdzają utrzymywanie tych kierunków strategicznych w polityce państwa żydowskiego. W wywiadzie dla „Timesa” Ariel Szaron z zadowoleniem przyjął rozpoczęcie przygotowań do wojny z Irakiem, ponieważ „lepiej niż inni zdajemy sobie sprawę z zagrożenia, jakie stanowi terroryzm”. Dla Szarona Irak stanowi „niezwykle groźne państwo, pozostające we władzy szaleńca”, natomiast w Iranie znajduje się „centrum światowego terroryzmu”. Komentator „Timesa” tak podsumowuje słowa Szarona: „Nie ukrywa też (Szaron – przyp. H. H.), że gdy tylko konflikt z Irakiem zostanie zakończony, zamierza ze swej strony zabiegać o to, by Iran uznany został za najpilniejszą «sprawę do załatwienia»”43. Minister Obrony Izraela Szaul Mofaz wiernie sekunduje premierowi: „Jesteśmy bardzo zainteresowani nadaniem kształtu Bliskiemu Wschodowi zaraz po wojnie z Irakiem. Po wejściu amerykańskich oddziałów do Bagdadu, Stany Zjednoczone muszą wywrzeć nacisk polityczny, ekonomiczny i dyplomatyczny na Teheran”44. Umieszczenie Iranu na liście tzw. „osi zła” nie stanowi wyłącznie bolesnego amerykańskiego resentymentu, ale zdaniem analityków jest związane z przemożnym wpływem ideologicznym, wywieranym na prezydenta Busha przez izraelskiego ministra Nathana Sharansky’ego45. Zdaniem publicystów amerykańskiego „Newsweeka”, Sharansky’emu należy przypisać modyfikację „doktryny Kedouriego”, przekształconej w plan stworzenia demokratycznej przestrzeni bliskowschodniej, która została przyjęta przez amerykańskich neokonserwatystów na konferencji partyjnej republikanów w Beaver Creek w stanie Colorado 20 VI 2002 roku46. „Doktryna Kedouriego” pokrywa się w całości z amerykańską doktryną „demokratycznej rewolucji”, zawartą w pracy związanego z Pentagonem Michała Ledeena The War Against the Terror Master (‘Wojna przeciwko mistrzowi terroru’), w której zawarto plan obalenia władz Iraku, Iranu, Syrii i Arabii Saudyjskiej47. Obalenie dyktatorów w Iraku i Syrii oraz monarchii Saudów dałoby Izraelowi pełną kontrolę nad przestrzenią od Nilu do Eufratu, tak pożądaną przez amerykańskie elity polityczne. Wilhelm Benett już dzień po zamachu 11 IX, szermując hasłami „wojny dobra ze złem”, „wojny przeciw wojującemu islamowi”, podał w CNN listę państw, względem których należy użyć „druzgocącej siły”. Wśród nich znalazły się: Irak, Iran, Syria, Liban, Libia i Chiny48. „The Wall Street Journal” wezwał do ataku na bazy terrorystów w Syrii, Sudanie, Libii, Algierii i Egipcie49. „The Atlantic”, miesięcznik popierający politykę „partii wojennej” w USA przyjmuje, że pokonanie Saddama Husajna zniszczy wpływy Hezbollahu w Libanie, „odsunie groźbę ataku rakietowego na Izrael”, osłabi pozycję polityczną Syrii na Bliskim Wschodzie i pozwoli na stworzenie koalicji państw niearabskich, złożoną z Izraela, Turcji i Erytrei50. Izraelska armia rozpoczęła działania militarne wymierzone w Irak już we wrześniu–październiku 2002 roku, jak podała agencja Associated Press, komentując: „Kiedy politycy i media dyskutują na temat wizji wojny w Iraku, Izraelczycy działają”. Działania elitarnej jednostki komandosów „Sayeret Matkal” miały na celu lokalizację irackich wyrzutni rakietowych, rozlokowanych w zachodniej części państwa, i miejsc dogodnych do wykorzystania w działaniach wojennych51. Działania izraelskich służb specjalnych poprzedziła wrześniowa (24 IX 2002 r.) wizyta nowego szefa Mossadu, Meira Dagana, w Waszyngtonie, której celem było zacieśnienie wojskowej współpracy obu państw na Bliskim Wschodzie.
Małżeństwo z rozsądku – czy z miłości?
Wszystkie te elementy polityczne łączą dwa potężne ośrodki władzy – izraelską prawicę nacjonalistyczną, związaną przede wszystkim z partią Likud, oraz amerykańskich neokonserwatystów, stanowiących podporę polityki Busha-juniora. Kim są politycy z otoczenia prezydenta Stanów Zjednoczonych? Kim są wspominani wielokrotnie neokonserwatyści?
Od początków swojego istnienia neokonserwatyści związani są z ukazującym się w USA od 1945 roku czasopismem „Commentary”, wydawanym przez American Jewish Commitee (AJC)52. Wielu z nich, jak choćby redaktor pisma Norman Podhoretz, ma za sobą działalność w lewackich (anarchizujących bądź trockistowskich) organizacjach czasów rewolty studenckiej lat ’60. Jednak wpływy intelektualistów żydowskich, nazywanych neokonserwatystami, ugruntowały się dopiero za rządów prezydenta Reginalda Reagana. Wśród wybijających się wówczas ideologów tej grupy wyróżnić należy, oprócz Podhoretza, Irvinga Kristola, Nathana Glasera, Daniela Bella, Daniela Patryka Moynihana. Dziś prym wiodą: wiceprezydent Ryszard Cheney, minister obrony Donald Rumsfeld, jego zastępca Paweł Wolfowitz, szef politycznej rady konsultacyjnej Pentagonu Ryszard Perle, podsekretarz obrony Douglas Feith, podsekretarz stanu ds. kontroli broni Dawid Wurmster, szef Rady Bezpieczeństwa USA (i zięć Normana Podhoretza) Elliot Abrams, Robert Kagan, Wilhelm Kristol i inni53. Łączność i spójność polityczną, pełnej napięć i animozji administracji Busha, zapewnia związana z neokonserwatystami Condoleezza Rice54. To dzięki niej neokonserwatyści wykorzystują autorytet i doświadczenie polityczne Colina Powella, negatywnie ustosunkowanego do Rumsfelda. Wśród najbardziej poczytnych amerykańskich publicystów z poglądami neokonserwatystów utożsamiają się Michał Novak, Jakub Q. Wilson, Janina Kirkpatrick i Wilhelm Benett, a pismami utrzymującymi ich linię są tradycyjnie „Commentary”, „National Review”, „New Republic” i „Weekly Standard”55. Dzisiejsza grupa nie jest – jak widać – jednolita pod względem narodowym, ale posiada wspólne poglądy religijne, będące mieszaniną judaistycznego i protestanckiego mesjanizmu, zabarwionego amerykańskim uniwersalizmem. Nie jest także liczna, jest to bowiem zaledwie kilkuprocentowa grupa w morzu amerykańskiego protestantyzmu, za to doskonale zorganizowana i sowicie finansowana przez przedstawiciela żydowskiego lobby, multimiliardera Edgara Bronfmana. 11 IX 2002 roku dyspensjonaliści (czyli chrześcijańscy syjoniści) zorganizowali w Waszyngtonie mityng z poparciem dla Izraela, w trakcie którego zawiązała się chrześcijańska koalicja różnych sekt protestanckich.
Siła przebicia dyspensjonalistów związana jest z mesjanizmem wyznawanym przez prezydenta J. W. Busha. Ryszard Lowry, publicysta „National Review”, tak opisuje specyficzną religijność prezydenta USA: „Prezydent USA nie wypełnia misji, jak twierdzi wielu obserwatorów, lecz jest pewny swego – w głębi jego serca tkwi przekonanie, że to Bóg posłał go do Białego Domu właśnie w tym momencie i że Bóg będzie sprzyjał naszej sprawie”. „Podejrzewam, iż Bush traktuje siebie jak natchnionego wojownika”56. Teksański kaznodzieja protestancki Antoni Evans, znający osobiście Busha, mówi o nim: „Nauki płynące z Biblii wpłynęły na jego decyzję ubiegania się o urząd prezydenta. On jest przeświadczony, że Bóg do niego przemawia”57. Poglądy te przenikają całą administrację amerykańską od pamiętnego 11 IX, odczytanego jako kara za grzechy. Jakub Harding opisuje porządek dnia w Białym Domu, zaczynający się od modlitwy i lektury Biblii. Prokurator Generalny USA, zielonoświątkowiec Jan Ashcroft, codziennie o godz. 8:30 wspólnie z pracownikami odmawia modlitwę. Jednym z pierwszych posunięć Busha jako prezydenta USA było ustanowienie Narodowego Dnia Modlitwy. Codziennie prezydent USA studiuje teksty protestanckich myślicieli Oswalda Chambersa i Wilhelma (Billy’ego) Grahama. Publicysta „The Financial Times” zauważa, że Bush dokonuje bezprecedensowego nadania władzy w USA czysto religijnego charakteru. Wiąże się to niewątpliwie z postrzeganiem konfliktu na Bliskim Wschodzie przez elity amerykańskiej polityki jako „starcia judeochrześcijaństwa z poddanymi Proroka”58. I chyba nie można tego wyjaśnić jedynie w kategoriach „głodu religii”, jak usiłują nas przekonać dyspensjonaliści z „The Atlantic”59. W środowiskach radykalnych protestantów amerykańskich istnieje silne przekonanie, że 11 IX jest wstępem do apokalipsy. Polityczna egzegeza wersetów Apokalipsy św. Jana każe kaznodziejom utożsamiać ONZ, krytykującą politykę USA, z Antychrystem; papieża, który rezyduje w Rzymie na siedmiu wzgórzach – z „wszetecznicą Babilonu” (Apok 19, 9), a Unię Europejską uważać za twór szatański, bo powołany politycznie przez traktaty rzymskie...60 „Eschatologiczna orientacja” amerykańskiego protestantyzmu odnosi się z wielką sympatią do Izraela. Gary Bauer, protestancki fundamentalista z południa, głosi wśród swoich wiernych poparcie dla ostrego kursu Ariela Szarona względem Palestyńczyków. „Bauer twierdzi, że amerykańska pomoc dla Izraela jest zgodna z nakazem biblijnym, gdyż «Bóg obiecał tę ziemię Izraelowi»”61. Senator Jakub M. Inhofe stwierdził na forum amerykańskiego senatu, że aktualna polityka USA „to nie jest polityczna batalia. To jest spór o to, czy słowa Boga są prawdą”62. Protestanccy kaznodzieje pokroju Hieronima Falwella, który mówi o sobie, że jest „Fundamentalistą przez duże F”, czy Patryka Robertsona i Franklina Grahama wychodzą z założenia, że istnienie państwa Izrael jest koniecznym warunkiem powtórnego przyjścia Chrystusa i dokonania się ostatecznej walki ze złem na polach Armageddon. Niektórzy posuwają się do stwierdzenia, że wojna powinna zmierzać w kierunku konfliktu globalnego (a nawet wojny nuklearnej), który będzie prawdziwym Armageddon i w trakcie którego jedynie wierni (chrześcijańscy syjoniści i część Żydów) zostaną cudownie uratowani, ponieważ nie istnieje żadna różnica pomiędzy chrześcijaństwem a judaizmem (specyficzna interpretacja J 10, 16 i Rzym 11, 17–18). Ziszczeniem tych niebezpiecznych rojeń jest dzisiejszy konflikt, postrzegany jako wojna Izraela i USA przeciw islamowi63. Wilhelm Engdahl, autor książki A Century of War (‘Stulecie wojny’), zauważa ścisły związek dyspensjonalistów z izraelską skrajną prawicą, zwłaszcza z partią Likud, której przywódcy często goszczą w powołanej przez chrześcijańskich syjonistów International Christian Embassy – Jerusalem64.
Rzym czy Kartagina?
Mocno eksponowanym elementem propagandy dyspensjonalistycznej jest programowa antyeuropejskość. Można ją rozpatrywać w kategoriach utrzymywania Europy w politycznej zależności w ramach światowego pax americana, ale również jako przejaw charakterystycznej dla anglosaskiego protestantyzmu eurofobii, pojmowanej jako walka z papizmem. Jest to istotny składnik amerykańskiego uniwersalizmu, będącego w rzeczywistości ideologicznym mesjanizmem, „samowyniesieniem poprzez samojudaizację”65. Te trzy elementy: mesjanizm ideologiczny, samojudaizacja i antyeuropejskość stanowią wybuchową mieszankę z imperialnymi pretensjami. Dzięki samoidentyfikacji anglosaskiego protestantyzmu z Żydami, pozbawiony legitymizacji Chrystusowej poprzez odrzucenie autorytetu kościelnego protestantyzm uzyskuje możliwość wyniesienia się i uzyskania mesjanistycznego, uniwersalistycznego statusu. Proces ten nastąpił szybko, jeszcze zanim reformacja okrzepła na dobre na Wyspach Brytyjskich. Wśród radykalnych sekt protestanckich narodziło się przekonanie, że stanowią oni zagubione plemiona Izraela, a brytyjska monarchia jest zapowiedzianym Nowym Jeruzalem na ziemi. Przekonanie to, jak pisze specjalista Ośrodka Badań nad Stosunkami Międzynarodowymi w Paryżu (CERI) Dionizy Lacorne, postawiło znak równości pomiędzy protestanckimi kolonistami w Ameryce a narodem wybranym, a po uzyskaniu niepodległości przez zbuntowane kolonie brytyjskie utożsamiło nowopowstałe państwo amerykańskie z Nowym Jeruzalem66. Nowe państwo, opierające się na zasadzie równości, przyjmujące wszystkich wyrzutków religijnych i społecznych ze starego kontynentu, jawiło się jak ziemia obiecana dla prześladowanych przez Egipcjan Żydów. Protestancka samojudaizacja powoduje utożsamianie antyprotestantyzmu z antysemityzmem i konsekwentnie przyjęcie optyki antyamerykańskiej, odbierane jest jako postawa antysemicka. Zdaniem dyspensjonalistów Europa jest nieuleczalnie chora na antysemityzm, z czego wynika jej opór względem aktualnej polityki amerykańskiej. Galfryd Jacoby twierdzi, że w zbliżającym się konflikcie totalnym z terroryzmem Europa znajduje się po drugiej stronie barykady, uchylając się od walki w imię ideałów wolności, pokoju i demokracji – czyli w obronie Izraela, który jest jedynym państwem na Bliskim Wschodzie opartym na tych zasadach politycznych. „Europa wie lepiej!” – stwierdza z przekąsem Jacoby67.
Amerykański mesjanizm nie może się obyć bez pojęcia „wroga absolutnego”, którym od dawna są aroganccy, ale słabi Europejczycy. W pojęciu tym zasadza się przekonanie, wielokrotnie wyrażane przez amerykańskich polityków, że wszyscy, którzy nie opowiedzą się po stronie przyjętej polityki USA, uznani zostaną za politycznych wrogów, niemal na równi z islamskimi terrorystami. Wroga, zdaniem „strzelających z biodra kowbojów”, należy nie tylko pokonać, ale z tego powodu, że utożsamia on zło, należy go całkowicie zniszczyć68. Cytowany już Wilhelm Engdahl zarzuca polityce amerykańskiej stosowanie militarnego manicheizmu, opierającego się na niespotykanej do tej pory w polityce – poza ZSRR – dychotomii dobro–zło, w której USA są zawsze po właściwej stronie69. Europa w dzisiejszej rozgrywce politycznej nie jest dla USA politycznym partnerem. Amerykanie sprawujący od czasu zakończenia zimnej wojny hegemonię na świecie mają już swojego „wroga absolutnego”, którym jest „to, co zaatakowało Amerykę”, czyli „Allach” (Franklin Graham). W pojęciu amerykańskich polityków ich kraj „panuje kulturalnie, ekonomicznie, technologicznie i wojskowo na świecie, jak żadne państwo od czasów Rzymu” (Wilhelm Engdahl), a Europa stanowi odbicie historyczne małej, skłóconej wewnętrznie i niezdolnej do reakcji politycznej Hellady, która dla własnego dobra potrzebuje amerykańskiej kurateli. Jednak waszyngtońskiego Kapitolu nie uda się zamienić w Forum Romanum, bo nie jest to kwestia dywizji, rakiet czy dolarów, ale kwestia wartości, których nawet ureligijniona Ameryka nie posiada. Jak napisał jeden z wielkich poetów, Ameryka „jest schronieniem dla tych, którzy zmęczyli się byciem człowiekiem”. Jest to Nowa Kartagina, siejąca spustoszenie – Kartagina posiadająca swojego Hannibala, z majaczącym na horyzoncie widmem katastrofy. Twór, będący politycznym przeszczepem obcego Europie ducha, opierający się na indyferentyzmie w odniesieniu do swojej i obcej przeszłości, poszukujący obcych wartości i wzorców, a zamieniający je w pozbawione szlachetności miedź i ołów, opierający się na egalitarystycznym indywidualizmie, na utylitarnej żądzy zysku, sprowadzającej ludzką egzystencję do jedynego celu – bycia bogatym, opierającym swój planetarny mesjanizm na naiwnej wierze w postęp i demokratyczny konstytucjonalizm. Ameryka jest jak mityczny ptak Charadrios, którego jedynym celem egzystencji było jedzenie i wydalanie. (Dokładnego rozpoznania wroga dokonał papież Leon XIII w encyklice analizującej zjawisko „amerykanizmu”.)
* * *
Przed Europą stoją wielkie wyzwania. Konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie z pewnością zmieni układ polityczny świata. Znawcy polityki międzynarodowej podkreślają, że stosunki pomiędzy USA a Europą nie powrócą już na dawne tory, strzeżone przez amerykańskie bombowce. Okres zależności od USA, znany z okresu powojennego, zakończył się bezpowrotnie, ale Amerykanie zrobią wszystko, aby swoją pozycję mocarstwową w Europie utrzymać – poprzez ugruntowywanie rozbicia politycznego i wygrywanie sprzecznych interesów poszczególnych państw. Posiadają do swoich zadań gwardię oddanych sobie ludzi pokroju Aznara, Blaire’a, Nowaka-Jeziorańskiego czy choćby marzącego o NATOwskim stołku Prezydenta RP... Niestety, europejskim elitom daleko do wypracowania spójnej, całościowej koncepcji politycznej. Strach przed odwołaniem się do imperialnej retoryki jest w dalszym ciągu silny, bo ugruntowany przez lata zależności od USA i ZSRR. Ciągotki do postrzegania polityki jako walki o prawa człowieka na świecie, niezdolność do organizowania polityki względem wroga, niezdolność nawet do jednoznacznego zdefiniowania tego wroga – to kilka z mankamentów politycznych EU. Podstawy Unii Europejskiej są liche, ponieważ opierają się na słabych, ekonomicznych fundamentach. Obojętność eurokratów wobec czynnika duchowego, pogarda, jaką otaczają kwestie religijne, liberalizm rozkładający, na ich życzenie, społeczeństwa – wszystko to nie wróży niczego dobrego w epoce konfliktów i walk, przed którą się znajdujemy. Siły poszukiwać należy w modlitwie i prostych, a surowych wartościach katolickich, nie zaś we wskaźnikach ekonomicznych czy pustych deklaracjach polityków, bo w przeciwnym razie staną się prawdą amerykańskie żarty o miękkich Europejczykach z Wenus i twardych Amerykanach z Marsa.
Konflikt rozgrywający się na naszych oczach jest wstępem do dalszych działań, podejmowanych na arenie światowej przez administrację Busha w imię mesjanistycznych celów judaizmu. Stworzenie izraelskiej przestrzeni na Bliskim Wschodzie, w której amerykańskie koncerny przejmą pełną kontrolę nad polami naftowymi, umożliwi szybką, skuteczną i zadowalającą władze izraelskie rozprawę z Palestyńczykami, ukrytą pod hasłami „walki o przetrwanie” lub wypełniania umów dających „szanse autonomii palestyńskiej”. Celem dzisiejszym jest kontrola nad Jerozolimą, uzyskana dzięki rozbiciu Iraku i ograniczeniu wpływów fundamentalistów w Libanie; jutro przyjdzie czas na Syrię, Arabię Saudyjską lub Iran. Cel jest jasny: najpierw hegemonia, potem Świątynia, a Bush otrzyma w nagrodę, tak jak to już zapowiedział minister Tzani Hanegbi, honorową legitymację członkowską partii Likud, która zapewni mu „zbawienie”. Ω
























