Od Redakcji
Drodzy czytelnicy, by stwierdzić dziś istnienie kryzysu trawiącego Kościół katolicki i chrześcijańską cywilizację, nie musimy już nawet dokonywać skomplikowanych analiz intelektualnych dotyczących trudnych, a przy tym zniuansowanych tekstów w obszarze filozofii czy teologii. Wystarczy tylko doświadczyć zmysłami (oraz intelektem) „dzieł” dzisiejszej sztuki: architektury, malarstwa, rzeźby czy muzyki. Smutek i przygnębienie, jak również poczucie psychicznego dyskomfortu, a w końcu nawet gniew – oto uczucia, które spontanicznie rodzą się wskutek kontaktu z taką „twórczością”. A jednak stanowią one jedynie zdrową, obronną reakcję na wszechobecną dziś brzydotę.
Czy jednak nie jest przesadą dostrzeganie tu konkretnego zagrożenia dla naszego zbawienia? I czy w ogóle kontakt z rzeczami brzydkimi może negatywnie wpływać na stan naszego ducha? Niewątpliwie tak, choć zapewne nie w takim stopniu jak fałszywe zasady dogmatyczne (brak prawdy) czy przykłady złego postępowania moralnego (brak dobra). Wynika to z bardzo elementarnego związku prawdy i dobra z pięknem, który to związek był oczywisty nawet dla pogan.
Dla nas, katolików, jest to tym bardziej oczywiste, skoro przekonuje nas o nim coś tak prostego jak wizyta w starym (i niezbeszczeszczonym przez wrogów Wiary) kościele, nawet bardzo ubogim i skromnym. Porządek, ład, harmonia – wyrażające się doskonałością formy i odpowiednim wyważeniem akcentów między tym, co Boskie, a tym, co ludzkie – wszystko to można z łatwością uchwycić. Czy jednak zdajemy sobie sprawę, że ostatecznie nie jest to kwestia estetyki, lecz teologii? Będący pełnią bytu Trójjedyny Bóg jest przecież pełen również i piękna – jest także jego źródłem promieniującym na wszystko, co istnieje poza Nim. Stąd i Jego dzieła są zawsze piękne, choć w bardzo zróżnicowanym stopniu. Dlatego też poznając je i zachwycając się nimi, nieodmiennie dążymy do Niego, do ich Stwórcy.
Tu, na ziemi, rzeczy piękne pełnią zatem dwojaką rolę: z jednej strony nie tylko subiektywnie umilają nasze życie, lecz w ogóle obiektywnie dobrze na nas wpływają, jako że obcowanie z nimi ma moc uzdrowić ciało i uszlachetnić duszę; z drugiej zaś owe piękne rzeczy stają się drabiną prowadzącą do życia wiecznego.
Nietrudno więc pojąć motywację tych, którzy wypaczanie kanonów piękna, aż do epatowania brzydotą, uczynili swą misją życiową. Jeśli bowiem celem jest wyhodowanie mentalnych niewolników, będących czymś wartym niewiele więcej niż tania siła robocza, a jednocześnie niezdolnych do myślenia o sobie w kategorii dziedziców królestwa niebieskiego, czyż istnieje w praktyce narzędzie lepsze niż kultywowanie i rozpowszechnianie brzydoty? Zauważmy tylko, że ona już dawno przekroczyła granice dobrego smaku, stając się przedsionkiem piekła.
Jak się jednak chronić przed „apostołami brzydoty”? Jak nie poddać się ich przemożnemu wpływowi?
Po pierwsze musimy nieustannie pamiętać, że staranie o afirmację piękna stanowi jeden z frontów najważniejszej walki, którą toczymy w ciągu naszego życia – walki duchowej.
Po drugie musimy wyzbyć się przekonania, wtłaczanego nam przez różne pseudoautorytety, że piękno jest czymś subiektywnym, że to, co się komu podoba, jest tylko kwestią smaku i że zgodnie z łacińską maksymą de gustibus non est disputandum. (Swoją drogą ciekawe, że w czasach powszechnego upadku kształcenia klasycznego wielu ludzi zna akurat to łacińskie przysłowie, jednocześnie nie znając żadnego innego). Owszem – trudno jest nie dostrzec pewnej słuszności w stwierdzeniu tego rodzaju, bowiem przeżycie estetyczne jest złożonym fenomenem angażującym człowieka w całej jego złożoności i zarazem pewnej konkretnej, indywidualnej ograniczoności, aspektowości. Lecz czy faktycznie piękno jest czymś całkowicie subiektywnym, niemającym żadnych obiektywnych podstaw? By obalić tę tezę, nie musimy się w tym miejscu odwoływać do realistycznej filozofii. Wystarczy zdrowy rozsądek, który podpowiada nam, że pewne rzeczy są obiektywnie piękne, podczas gdy inne są owej cechy pozbawione – a przynajmniej nie są piękne w takim stopniu jak te poprzednie. To niezwykle ważne, bowiem teza o całkowitej subiektywności piękna stanowi narzędzie działające niczym walec drogowy – skutecznie zrównując rzeczy piękne z brzydkimi, szlachetne z podłymi, a bezcenne z bezwartościowymi.
Po trzecie musimy często obcować z rzeczami pięknymi: zarówno stworzeniami Bożymi – ciałami niebieskimi, zwierzętami, roślinami itd.; jak też ludzkimi wytworami – wybitnymi dziełami sztuki użytkowej (inżynierskiej). Któż bowiem nie zachwyci się śpiewem ptaków czy widokiem rozgwieżdżonego nieba? Kto nie dostrzeże piękna smukłego żaglowca czy „posłusznego” zasadom aerodynamiki sportowego auta? Zwłaszcza jednak nie pomijajmy poznawania i kontemplowania dzieł katolickiej sztuki sakralnej minionych stuleci. Jeśli chodzi o te ostatnie: starajmy się podziwiać autorów owych dzieł nie tylko jako mistrzów artystycznego rzemiosła, lecz również odkrywać w nich (nierzadko przecież) mistrzów życia wewnętrznego. To nie są rzeczy małe! Piękno dostrzeżone i sprawiające w nas zachwyt pomoże uchronić duszę od smutku, a ciało od znużenia. Czy zdajemy sobie sprawę, jak często smutek i znużenie rodzą w nas lenistwo duchowe, tym samym prowadząc potencjalnie nawet do ciężkich grzechów?
Po czwarte – w świecie nadmiernie skoncentrowanym na użyteczności i efektywności, w którym nie docenia się prawdziwego piękna, jeśli tylko nie prowadzi ono do materialnego zysku – pamiętać musimy o wyższości teoretycznej kontemplacji nad działalnością praktyczną. Niezbędnej pomocy dostarczą nam w tym codzienna lektura duchowa, a przede wszystkim modlitwa myślna.
Pamiętajmy wreszcie, że już sama łatwość, z jaką odczuwamy zachwyt nad rzeczami pięknymi (jeśli tylko nie jest on czysto zmysłowy), świadczy wymownie o pewnej dojrzałości i gotowości do oglądania Piękna samego w sobie – Boga Trójjedynego – w wieczności.
















