Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X
św. Euzebiusza, biskupa i męczennika [3 kl.]
Zawsze Wierni nr 5/2026 (241)

Tercjarka dominikańska

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

Przepych baroku, blask renesansu vs kamień średniowiecza

W naszych czasach, gdy sztuki piękne1 przechodzą tak ogromny kryzys, to aby przywrócić im ich uwznioślającą rolę, należałoby – zgodnie z hasłem św. Piusa X Instaurare omnia in Christo – odnowić je w Chrystusie. Wracać powoli (albo szybciej, gdyż na co czekać?) do Niego jako do Boskiego źródła sztuki panującej w epoce, która wydała wielką liczbę świętych, czyli we wczesnym średniowieczu. Ponieważ nie wszystko, co się później świeciło, jest czystym złotem.

Zwykle nie zastanawiamy się nad elementami rzeczywistości otaczającymi nas, rzec można, od zawsze. Były tu od dawna, zanim się urodziliśmy, zanim urodzili się nawet nasi pradziadowie. Zamki, pałace, dwory, kościoły… Skupmy się na tych ostatnich, a w szczególności na dziełach sztuki, które je wypełniają.

Zapewne po przeczytaniu ostatniego zdania Czytelnikowi stanął przed oczami jakiś bogato zdobiony kościół – pełen obrazów, rzeźb, witraży, złoceń i pięknych lamp. Być może wielu katolików, zachwycając się dawniejszymi dziełami, przygląda się im z wielkim zainteresowaniem, chce je dogłębnie poznawać, zapamiętywać szczegół po szczególe, a będąc przejazdem w nowym dla siebie kościele, utrwala je pamiątkowo na zdjęciach. Ja również kierowałam się podobnymi ideami. Ale gloryfikowany był tylko warsztat artysty, nic więcej.

Jednak tu nie o kształty i gusty chodzi, ale o kwestię pewnych zasad. Zastanówmy się nad niewywołującą „achów i ochów” prostotą sztuki preromańskiej i romańskiej. Ich schematyczność w zupełności wystarcza każdej duszy szukającej Boga w kontemplacji2. Można ją porównać z prostym jedzeniem, a jakiś renesansowy obraz czy późnogotycki ołtarz z coraz wykwintniejszym daniem. Gdy jest tego za dużo – tego wykwintnego, sytego stołu – do czego to prowadzi? Uwaga z łatwością odwraca się od Boga, a zapatrywania stają się coraz bardziej przyziemne, skierowane na… geniusz człowieka. I tak, oczywiście, możemy tłumaczyć, że ten oto talent artysta otrzymał od Stwórcy, a także że trzeba Bogu wszystko jak najpiękniejsze oddawać. Tylko że to pierwsze z trudem nakierowuje i utrzymuje ludzką myśl przy Bogu, a to drugie, cóż, nie Pana Boga, ale nas bardziej interesuje, a ostatecznie, jeśli za bardzo się na tym pięknie skupimy, ta myśl, która miała bez rozproszeń trwać kontemplacyjnie przy Zbawicielu, odleci w dowolnej chwili, gdy zapatrzymy się np. na rozfalowanie barokowych ołtarzy.

Jedno trzeba zaznaczyć i wyważyć: współczesna słaba kondycja katolickiego ducha może bardzo potrzebować tych „artystycznych wspomagaczy”, pomimo że niejednokrotnie stanowią podłoże dla humanistycznych, horyzontalnych zapatrywań. Z jednej strony kierują myśli ku rzeczywistości nadprzyrodzonej, bo już nawet najogólniejszy rzut oka na wystrój świątyni sprawia, że wiemy, iż jesteśmy zanurzeni w sferze sacrum, że stoimy w przedsieniach nieba, ale z drugiej łatwo od tej rzeczywistości mogą odrywać, jeśli pozwolimy naszej uwadze skupić się na ich szczegółach.

Kościół jest nieomylny. Jeśli dopuścił któreś z kierunków artystycznych do swoich ziemskich wnętrz, to znaczy, że stały za tym jakieś poważne racje. Hipotetycznie wobec powyższego można się zastanowić – jako że Bóg nikomu pragnącemu nie skąpi swej łaski, ale także ujmuje jej, gdy człowiek po wielokroć wybiera miłość własną – czy to aby nie ten stygnący duch chrześcijan spowodował, że Pan Bóg wobec słabnącej gorliwości dozwolił pojawiać się coraz mocniej działającym na zmysły dziełom, aby równocześnie za ich pomocą przypominać o swoim istnieniu, o pięknej i przebogatej rzeczywistości nadprzyrodzonej, o wieczności. Z wieku na wiek katolicy coraz mniej byli zdolni (czy może raczej mniej chętni) do kontemplowania tych prawd, obraz nadprzyrodzoności w ich intelekcie stopniowo się zacierał na rzecz obrazów tego świata i samych ludzi – wokół czego w renesansie krążyły myśli ludzkie, dobitnie odzwierciedla tematyka malarstwa tamtego okresu3

Tak jak w głębokim średniowieczu cała sztuka i literatura opiewały rzeczywistość Boską, tak w późniejszych stuleciach zainteresowania twórców sztuki wmieszały do niej motywy świeckie, aż ostatecznie – co obserwujemy dziś – Stwórcę Wszechświata wyrugowano z ludzkiej myśli, tematyka biblijna jest gdzieś na szarym końcu, a dzieła i „dzieła” ukazują wszystko inne, tylko nie historię zbawienia. Warto przy okazji zauważyć, że z jednej strony (nomen omen) pyszne wytwory baroku odzwierciedlają klimat tamtej epoki4, a równocześnie z drugiej wykorzystywał je Bóg do bardziej dosadnego, fizycznego już zwrócenia uwagi na sprawy niebieskie. Barok jest „głośny” w swym wyrazie, ale jest to też wyraźne nawoływanie Boga skierowane do gubiącego się coraz bardziej człowieka. I to nie tylko katolika. Trzeba pamiętać, że sztuka barokowa użyta w kościołach stanowiła kontrast w stosunku do pustych, białych ścian w zborach protestanckich, a więc była to także akcja kontrreformacyjna.

Mówi się czasem, że piękny wystrój kościoła budzi w człowieku miłość do Pana Boga. Czy to możliwe, żeby piękno wytworów ludzkiej kultury miało być fundamentem teologicznej cnoty miłości? Może to być wprawdzie jakaś pierwsza fascynacja – na początek dobre i to – ale zmysłowy wzrok świadomego katolika musi stopniowo ustępować miejsca oku intelektu, widzącemu rzeczy w głębszej i rozleglejszej perspektywie, obserwującemu nadprzyrodzony sens otaczającej rzeczywistości.

W renesansie zaczęło się podpisywanie przez autorów ich dzieł, czego pobożne średniowiecze unikało, a w baroku nagle nawet ich oświetlenie stało się bardzo ważne. Gdyby trend stopniowego przez wieki czynienia piękna coraz bardziej finezyjnym sam z siebie był owocny, to ludzkość nie doszłaby do tego upadku, którego doświadczamy dziś – ale jako żywo widać, że sztuka wizualna nie przełożyła się na wzrost liczby kontemplatyków. Jest jasne dlaczego: przecież nie od zmysłowego oglądania, ale od intelektualnego poznania5 zależą zachwyt nad Bogiem i miłość do Niego.

(Osobiste spostrzeżenie, proszę je sprawdzić na sobie). Gdy oglądam obrazy i rzeźby w kościele, to je kontempluję, przyglądam się im bardzo szczegółowo, ale zapewniam, że nie kontempluję wtedy Boga. Skupiam się na zdolnościach artysty, podziwiam, jak kiedyś potrafiono hojnie oddawać swoje zdolności na służbę Najwyższemu6. Aby móc wreszcie skoncentrować myśli na Bogu, muszę zamknąć oczy. Wnętrza preromańskie i romańskie ze swoim skromniejszym zdobnictwem nie przeszkadzały w modlitewnym skupieniu.

Na pewno doceniam renesansowe i barokowe wspaniałości oraz rozumiem, że są one dziś potrzebne coraz mniej uduchowionemu człowiekowi. Bogactwo i nagromadzenie przywodzą na myśl wspaniałość nieba: to kapiące złoto, wytworne ramy, mnogość przedstawionych świętych – tak, to odblask stwórczej mocy Boga przebijający w zdolnościach manualnych artysty. Ale gdy się okazało, że już nawet to artystyczne „niebo na ziemi”, doczesne przedstawienie niebiańskiego blasku chwały nie pomaga, by ludzie zwrócili się do Stwórcy, a odwrócili od potrzeb barokowego świata zmysłów, to już Pan Bóg „dał sobie spokój” i na tym apogeum twórczości poprzestał, nie kontynuując rozwoju sztuk, ale raczej je dewoluując. Rokoko przypomina zakończenie jakiejś wybujałej przy końcu symfonii, po czym następuje nagłe urwanie. Tylko echo jeszcze niesie refrenem ostatnią nutę (klasycyzm), ale i ona w końcu przestaje być słyszalna. Nie ma już żadnej muzyki.

Barok można podziwiać za cierpliwość w tworzeniu entej kościelnej ozdoby. Najważniejsze było natworzyć ich całe mnóstwo, poutykać je w każdym wolnym miejscu… Ale uwaga, aby w podziwie nad tym pięknem zamiast skupić się na Bogu kolekcjonersko nie zacząć się rozglądać: „Co my tu jeszcze mamy? Ile sztuk aniołów widnieje w tym ołtarzu? Czy już wszystko zobaczyłem?”. Zauważmy mimochodem, jak w wielkim kontraście do sztuki średniowiecznej w baroku nie ma zahamowań przed ukazywaniem nagich kupidynków7.

Średniowieczne malarstwo natomiast jest bardziej schematyczne, pozostawiające wiele przestrzeni na czystą myśl o Bogu, która za Jego łaską jest prowadzona właściwymi ścieżkami, na pogłębioną medytację intelektualną, na rozumową analizę użytej symboliki – w przeciwieństwie do bardziej wysublimowanej sztuki późniejszej, w której zaczynają grać rolę efektowne zabiegi artystyczne i wywołane uczucia, a umysł skłania się raczej do analizy kształtów i barw, występuje zaskoczenie malarstwem iluzorycznym, mogą nawet pojawić się pytania typu: „Ile to wszystko mogło kosztować?”. W oczywisty sposób stanowi to przeszkodę w skupieniu; od medytacji, stającej się siłą rzeczy powierzchowną, odciągają nas wrażenia estetyczne.

Postawmy poważne pytanie: Czy kiedykolwiek duch chrześcijański podniesie się jeszcze na wybitny poziom wczesnego średniowiecza? – tego zapatrzonego w Stworzyciela nieba i ziemi oraz niepotrzebującego artystycznych przypominajek, że w świątyni klęczymy w Jego jak najbardziej rzeczywistej obecności.

Aby tak się stało, trzeba najpierw się zachwycić średniowieczem, odkłamać wszystko, czym do tej pory zostaliśmy na jego temat od szkolnych lat zindoktrynowani, i w rezultacie powrócić do stylu okołoromańskiego, aby wyciszyć zmysły, a myślom pomóc obrać możliwie najbardziej wertykalny kierunek. Notabene wczesnośredniowieczne świątynie przypominały oddzieloną od świata grubym murem, rozbudowaną celę. To budowle o surowym, ascetycznym, obronnym wyglądzie – jest w tym ukryta głęboka symbolika.

Jako laik może i na sztuce się nie znam, a moje refleksje są zupełnie błędne. A może jednak… przyjmuję właśnie rolę dziecka mówiącego w swej szczerości, że król jest nagi, podczas gdy wieki tłumów zachwycających się sztuką różnych stylów nie zwróciły uwagi na to, że te najbardziej dziś cenione – z punktu widzenia eschatologicznego są cokolwiek zdradliwe, mając potencjał odwodzić myśli od tego, co najistotniejsze. Niedobrze by świadczyło, gdyby badacze i krytycy sztuki, zdając sobie sprawę z problemu, przemilczeli go.

Dziwi mnie to, że skoro we wczesnym średniowieczu tak wielu się uświęcało, to jednak – zgodnie z powiedzeniem „Lepsze jest wrogiem dobrego” – zamiast utrzymać ten dobry kurs czy też pozostać w tej oazie, katolicy poszli gdzie indziej. Jaki z tego wniosek? Gdy osiąga się zadowalające rezultaty, to tak trzymać i raczej nic nie zmieniać. Lecz trzeba pamiętać, że utrzymanie takiego stanu łączy się z wielkoskalową, zorganizowaną czujnością, rodzajem „zbiorowego sumienia”. Tę sytuację można porównać do przeciwdziałania działającemu bezustannie zjawisku entropii lub ostrożności wobec lwa krążącego i wypatrującego, kogo by pożreć. O ustalony porządek trzeba byłoby bardzo dbać, trzymając najpierw siebie, a potem jego w ryzach.

Choć nie mamy dostępu do pradawnych świątyń preromańskich i romańskich, postarajmy się pracować nad nieustannym skupieniem myśli na Bogu. A kto wie… być może w rezultacie dobry Ojciec natchnie architektów i artystów, aby wrócili do tego najpomocniejszego ze stylów w dążeniu do osiągnięcia zjednoczenia z Bogiem.

Przypisy

  1. Czy są to wciąż sztuki piękne? Piękno w klasycznym ujęciu nieodłącznie wiąże się z prawdą i dobrem. Rzecz naprawdę piękna jest taka, ponieważ jest dobra i zarazem prawdziwa. Z kolei antropologiczna prawda głosi, że człowiek jest całkowicie zależny od Stwórcy. Zatem jeśli ludzka twórczość koncentruje się na człowieku i świecie, to odwraca oko jego intelektu od Boga. A więc taka, niegłosząca podstawowej prawdy, sztuka nie jest piękna, a tego przymiotnika można w stosunku do niej używać tylko w potocznym znaczeniu: czegoś, co sprawia przyjemność zmysłowi wzroku.
  2. Nawet w późniejszych wiekach kościoły zakonów kontemplacyjnych pozostawały surowe – rzecz w tym, że dla wyrobionych duchowo ludzi nie trzeba aż tylu dzieł sztuki w świątyni. Ale generalnie sztuka romańska, patrząc statystycznie, nie była aż tak bogata w zdobienia i detale jak te późniejsze. Owszem – malowidła ścienne istniały; dziś ich już prawie nie możemy zobaczyć z racji nietrwałej techniki, dzięki której powstawały – przyp. red.
  3. To kontemplacja nadaje wszystkiemu sens. Odejście od niej powoduje, że chrześcijańska sztuka w ogóle umiera – przyp. red.
  4. Trudno uwierzyć, by gorliwość i pobożność w czasach baroku były tak powszechne wśród artystów i na takim poziomie jak w średniowieczu. Wystarczy przewertować ciekawą książkę Krystyny Bockenheim Przy polskim stole, w której autorka opisuje wzrost kultu zmysłu smaku. A dodatkowo: Z. Kuchowicz, Obyczaje staropolskie XVII i XVIII wieku, Wyd. Łódzkie 1975, s. 11–80.
  5. A fundamentem tego jest codzienna lektura duchowa i doktrynalna.
  6. Lecz mam jednocześnie wrażenie, że ta hojność była zanieczyszczona chęcią popisania się posiadanymi talentami.
  7. Nie mówiąc już o tym, jaki „piękny, misterny” bezwstyd tworzy się w tym samym czasie poza murami kościołów w sztuce świeckiej.