Ofiarowanie N.M.Panny [3 kl.]

Inne serwisy:

Krucjata eucharystyczna
KOMUNIKATY
Św. Pius X Rekolekcje ignacjańskie Mały modlitewnik łaciński Krucjata różańcowa Filozofia św. Tomasza z Akwinu Katecheza DVD dla kapłanów Mszalik codzienny
Zawsze wierni nr 12/2008 (115)

bp Bernard Fellay FSSPX

To nie Bractwo stanowi problem

Zapis konferencji wygłoszonej 17 lutego 2008 r. w Domu Rekolekcyjnym pw. Św. Ignacego w Ridgefield (USA). Zachowano styl mówiony.

Jestem pewien, że interesuje was wiele kwestii, a wśród nich sytuacja Kościoła oraz nasze stosunki z Rzymem. Spróbuję odnieść się do tych problemów. Mówię: „spróbuję”, ponieważ sytuacja nie jest prosta. Sytuacja i stan, w jakim znajduje się Kościół, stają się coraz bardziej złożone. Przed ogłoszeniem motu proprio walczyliśmy w obronie licznych zasad – i pod tym względem walka pozostaje ta sama; nic się nie zmieniło. Jednak ogłoszenie motu proprio sprawiło, że wielu ludzi zaczęło myśleć, iż obecnie sprawy wyglądają inaczej. Spróbujmy więc zastanowić się nad tym, co mogło się zmienić.

Tło: Vaticanum II

Aby lepiej zrozumieć wartość motu proprio, musimy spojrzeć wstecz i przyjrzeć się, w jakich okolicznościach zostało ono ogłoszone. Mówiąc w kilku słowach, II Sobór Watykański stworzył warunki, dzięki którym do krwiobiegu Kościoła wprowadzone zostały liczne nowe idee. Idee te, głoszone na uniwersytetach i w seminariach, były przed soborem zwalczane i potępiane przez Magisterium. Sobór jednak „zalegalizował” je – zwłaszcza duch, który mu towarzyszył – i w ten sposób oficjalnie dostały się do krwiobiegu Kościoła. Na tym właśnie polega najbardziej niszczycielski aspekt obecnego kryzysu. To naprawdę szokujące, że wielkie nazwiska z czasu soboru są w istocie nazwiskami kapłanów i prałatów, którzy jakieś 10 lat wcześniej zostali potępieni.

W 1950 r. Pius XII ogłosił encyklikę o współczesnych błędach – Humani generis. Jeden z tych błędów polegał na braku rozróżnienia pomiędzy porządkiem naturalnym i nadprzyrodzonym. Nie wymieniono żadnych nazwisk, jednak krótko przedtem pewien jezuita opublikował książkę zatytułowaną Surnaturel, w której owe dwa porządki były pomieszane. W 1950 r. zmuszono go do ustąpienia z katedry teologii w Lyonie, a jego książka została potępiona. Nazywał się Henryk de Lubac. Uważa się go powszechnie za najbardziej wpływowego człowieka podczas II Soboru Watykańskiego. Sam Benedykt XVI twierdzi, że wywierał na niego wpływ i inspirował go. Człowiek, który przed soborem został usunięty z piastowanego stanowiska, został po jego zakończeniu, ze względu na głoszone poglądy, mianowany kardynałem.

W 1952 r. pewien dominikanin, który posiadał na soborze podobny wpływ jak Henryk de Lubac, napisał książkę zatytułowaną Prawdziwa i fałszywa reforma w Kościele. Została ona również potępiona, a o. Iwon Congar OP musiał udać się na wygnanie i zaprzestać nauczania. Później jednak został zaproszony osobiście przez papieża, by podczas II Soboru Watykańskiego pełnił rolę eksperta. Sam był tym faktem zdziwiony: „Zostałem potępiony, a jednak zwracają się do mnie?”. Można powiedzieć, że jego reakcja była w jakiś sposób zdrowa.

W 1954 r. poproszono pewnego amerykańskiego księdza o napisanie obrony teorii szczególnie popularnej w Ameryce, traktującej o rozdziale między Kościołem a państwem. W wyniku tego ks. Jan Courtney Murray SI został potępiony, jednak jego idee miały częściowo odżyć podczas soboru pod nazwą „wolności religijnej”.

Inny sławny jezuita, ks. Karol Rahner, był podczas soboru osobistością tak wpływową, że ktoś ukuł nawet powiedzenie: Rahner locutus est, causa finita1. W latach 1950. Rahner był traktowany przez Święte Oficjum z podejrzliwością, i to do tego stopnia, że w ogóle zakazano mu publikacji bez wcześniejszego przedstawienia tekstu do akceptacji Stolicy Apostolskiej. (...) Nadzór nad nim cofnięto po osobistej interwencji kanclerza Adenauera.

Nie sposób nie wspomnieć tu również o dom Lambercie Beaduinie OSB, uważanym za ojca ekumenizmu. Zmarł on przed rozpoczęciem soboru.

Co natychmiast rzuca się w oczy, to fakt, że wszyscy ci ludzie, którzy byli podczas soboru bardzo wpływowymi osobistościami, zostali potępieni albo obłożeni cenzurami przez Kościół za pontyfikatu Piusa XII. Słynny ks. Bugnini, liturgista i autor nowej Mszy, już za panowania Jana XXIII został zmuszony z powodu swego modernizmu do porzucenia katedry w Rzymie. Jednak później Paweł VI wezwał go z powrotem, by mógł stworzyć m.in. nową Mszę. Wszystko to pokazuje, że w Kościele wydarzyło się coś absolutnie nienormalnego.

Nie potrafię wyjaśnić, w jaki sposób biskupi, którzy przybyli na sobór z przeważnie tradycyjnym nastawieniem, mogli dokonać takiego zwrotu. Jeśli przyjrzycie się pytaniom wysyłanym do Rzymu w okresie przygotowania do soboru, spostrzeżecie, że wyrażały one szczere zatroskanie biskupów, którzy szukali ratunku dla powierzonej im owczarni. Pięć lat później zmienili się całkowicie i przyjęli nowe idee: ekumenizm, wolność religijną i kolegializm.

Uległ zmianie stosunek do świata. Do tej pory świat był traktowany – wedle słów Ewangelii – jako wróg. Świat nienawidzi Zbawiciela, ponieważ Chrystus naucza trudnej drogi do nieba, podczas gdy świat proponuje szeroką drogę przyjemności i łatwego życia. Po soborze postarano się, by całe życie chrześcijańskie wyglądało bardzo łatwo.

Niezależnie od tego, czy dostrzegacie to wyraźnie w tekstach soborowych czy nie, pozostawiły one dla tego ducha wiele otwartych drzwi. Sobór był w swych dokumentach bardzo niejednoznaczny, innymi słowy, jeśli ubierzecie katolickie okulary, możecie odczytać jego teksty w sposób katolicki. Jeśli jednak ubierzecie inne okulary, możecie odczytać je w sposób całkowicie odmienny. Problemem jest dwuznaczność sformułowań. Od soboru zwykło się oczekiwać tekstów jasnych i precyzyjnych, tymczasem obok pewnych oczywistych błędów, odnajdujemy tam wiele nieprecyzyjności i dwuznaczności w terminologii.

Nowa teologia

Podczas II Soboru Watykańskiego wkroczyła do Kościoła nowa filozofia, która nie jest już filozofią scholastyczną. Kiedy mówimy „scholastyczna”, mamy na myśli tradycyjną formację filozoficzną przekazywaną przez Kościół, opartą na tomizmie i Arystotelesie. Być może pamiętacie, że jako środek do zwalczania modernizmu św. Pius X nakazał, aby wszyscy, którzy noszą w Kościele tytuł doktora, studiowali filozofię scholastyczną, czyli tomizm, w przeciwnym razie utracą swe tytuły. Gdyby dziś zaczęto to egzekwować, prawdopodobnie 80% obecnych doktorów teologii mogłoby utracić swój tytuł. To mówi samo za siebie! Nowa teologia oznacza nowy sposób myślenia, któremu towarzyszy nowa terminologia. Bp Henrici, sekretarz ruchu Communio, wygłosił swego czasu bardzo interesującą konferencję na temat „dojrzewania” soboru, podczas której opisał, w jaki sposób, jako jezuita, studiował przed soborem i jak wyglądało jego życie tym okresie. Jego szczerość jest szokująca. (...) Wyjaśnił na przykład, że kiedy był teologiem na uniwersytecie w Louvain, wykładowca polecił najbardziej utalentowanym studentom czytać „najbardziej zakazaną ze wszystkich zakazanych książek” – Surnaturel de Lubaca. Zadał nawet pytanie: „Dlaczego czytaliśmy te książki?”. Jasno dawał do zrozumienia, że pojmował to jako akt nieposłuszeństwa. Jednak jego odpowiedź brzmiała: „Postrzegaliśmy Kościół i zgromadzenia zakonne jak stary pociąg, z którego trzeba się przesiąść do nowego”. (...)

Ciekawe jest również jego wyznanie, dlaczego zaakceptował te nowe teorie. Opowiadał, jak podczas swych studiów dogmatyki uczyli się o ewolucji dogmatów; chcieli więc zmian nawet w dogmatach. To czysty modernizm! Wiara i dogmaty się nie zmieniają. To, co było prawdziwe kiedyś, jest prawdziwe zawsze. Bóg jest poza czasem i zmiennymi okolicznościami. Prawdy dotyczące Boga – prawdy wiary – się nie zmieniają.

Wszystko to sprawiło, że patrzy się obecnie w sposób bardziej pozytywny na świat i rzeczy, które uprzednio traktowano jako sprzeczne z nauką Kościoła lub przynajmniej mu obce, na przykład inne religie. Niegdyś mówiliśmy: „fałszywe religie”. Wyrażenie to po prostu znikło ze słownictwa Kościoła. Nie znajdziecie go nigdzie we współczesnych dokumentach ogłaszanych przez Rzym. Zostało wymazane. Czy oznacza to, że inne religie są mniej fałszywe niż wcześniej? Absolutnie nie. Ukazuje to jednak zmianę nastawienia. „Skupmy się raczej na tym, co nas łączy, niż na tym, co nas dzieli” – mówią moderniści.

Oczywiście w każdym błędzie jest jakiś element prawdy. To dzięki tym elementom prawdy błąd może zaistnieć. Błędem w czystej postaci nikt by się nie zainteresował. Dobre elementy wymieszane ze złymi umożliwiają szerzenie się błędu. Jeśli mówisz protestantowi jedynie o tych rzeczach, w który się zgadzacie, utwierdzasz go tylko w jego błędzie. Wskazujesz na to, co jest w jego wierze dobre, jest on więc zadowolony z tego, co do niego mówisz. Jeśli jednak nie będziesz mówić mu o jego błędach, jak ma on poznać, że z jego religią coś jest nie w porządku? (...) Jeśli będziecie wspominać mu jedynie o rzeczach, co do których ma rację, nigdy nie doprowadzicie do jego nawrócenia.

Na koniec trzeba powiedzieć, że ów przyjacielski stosunek do każdego jest bardzo fałszywie pojmowanym miłosierdziem. Jest on rzeczywiście często nazywany „miłosierdziem”, gdyż pojęcie to zostało w naszych czasach straszliwie zafałszowane. Często można usłyszeć, jak mówi się wyznawcom fałszywych religii: „Bądź dobrym protestantem (czy kimś innym), a osiągniesz zbawienie”. To tak jakbyście spotkali na dworcu kolejowym kogoś, kto pragnie dojechać do Nowego Jorku. Jednak zauważacie, że właśnie pakuje się do pociągu odjeżdżającego do Albany. Czy powiedzielibyście tej osobie: „Ten pociąg wygląda na ładny i wygodny, podróż będzie się panu podobała”? Gdybyście wiedzieli, że znajduje się on w złym pociągu i odjedzie w niewłaściwym kierunku, w żadnym wypadku nie moglibyście nazwać takiego postępowania miłosierdziem. W takim przypadku oszukiwalibyście go. Gdyby człowiek ten odkrył, że byliście świadomi jego pomyłki, byłby na was wściekły. Powinniście mu powiedzieć: „Przepraszam, pociąg może wydawać się panu dobry, ale jeśli chce się pan dostać do Nowego Jorku, musi pan wsiąść do innego”.

Modlitwa wielkopiątkowa

W tym roku papież Benedykt XVI zmienił modlitwę za żydów w tradycyjnej liturgii Wielkiego Piątku. Wiem, że ta zmiana wywołała wiele kontrowersji. Musimy na początku zauważyć, że zmiana ta nastąpiła wskutek nacisku ze strony Ligi Przeciwko Zniesławianiu, której przewodniczącym jest Abraham Foxman, a która jest bardzo aktywną grupą nacisku działającą z zewnątrz Kościoła. Papież czuł się więc zobligowany do dokonania tej zmiany.

Co zmienił? Modlitwę należącą do najstarszych modlitw Kościoła, modlitwę wielkopiątkową, której początki sięgają co najmniej III wieku. Była więc bardziej nawet starożytna, niż liczne części Mszy. Są to modlitwy bardzo czcigodne ze względu na swą starożytność, są one prawdziwym skarbem Kościoła katolickiego. Już to uprawnia nas do zadania pytania: „Jak można mieć śmiałość, by tknąć taką modlitwę?”. Modlitwa ta nigdy nie stanowiła problemu i była odmawiana przez całe wieki. Jak można dziś twierdzić, że jest niestosowna? To pierwszy poważny argument przeciwko zmianie.

Po drugie, jeśli przyjrzycie się nowej modlitwie, zauważycie, że została zmieniona gruntownie, choć na pierwszy rzut oka można tego nie zauważyć. W nowej modlitwie prosi się, by żydzi zostali „oświeceni” i „uznali naszego Pana Jezusa Chrystusa” za swego Zbawiciela. Prośby te są całkowicie stosowne. Jeśli czytacie tylko ten fragment, brzmi to całkiem dobrze. Modlimy się, by żydzi uznali naszego Pana Jezusa Chrystusa za swego Zbawiciela. Jak dotąd wszystko jst w porządku.

Problem polega na tym, że zastąpiono starą modlitwę, która mówi o „zaślepieniu” i „ciemności”. Mówiąc o „oświeceniu”, nie ma się na myśli oświecenia kogoś, kto już posiada światło. Rzym pragnął jednak usunąć wszystko, co mogłoby urazić żydów. Ale czy żydzi przejmowali się kiedykolwiek modlitwą odmawianą w Kościele jeden raz w roku? Po to, by wiedzieć o samym jej istnieniu, musieliby odebrać bardzo gruntowne wykształcenie. Wszystko to jest zatem elementem polityki, nie ma nic wspólnego z religią.

Jest jednak jeszcze coś gorszego: zmieniono znaczenie całej modlitwy. Modlitwa ta składa się z dwóch części: pierwsza część podaje sam powód jej odmawiania. O niej mówiliśmy przed chwilą. Jest jednak i druga część – która została dogłębnie zmieniona. (...) W części tej czyni się aluzję do ustępu Listu św. Pawła do Rzymian. Apostoł mówi nam w nim o tym, co wydarzy się na końcu czasów, że kiedy wszystkie narody wejdą do Kościoła, również żydzi się nawrócą. Powrócą oni do Boga na samym końcu. Ich nawrócenie jest jednym ze znaków końca czasów. I to właśnie znajdujemy w drugiej części modlitwy wielkopiątkowej.

Znamy też pewien komentarz do tej modlitwy, komentarz, który jest bardzo ciekawy i może pomóc osobom mającym jeszcze wątpliwości co do naszego stanowiska w tej kwestii. Komentarz ów pochodzi od osoby odpowiedzialnej w Kościele za ekumenizm oraz za relacje z żydami – od kard. Kaspera. 7 lutego 2008 r. mówił on o modlitwie za żydów na falach Radia Watykańskiego. Stwierdził, że papież usunął to, co raziło żydów, wszelkie negatywne określenia odnośnie do ich postawy. Nie mógł jednak pominąć zasadniczego faktu, że nasz Pan Jezus Chrystus jest Zbawicielem. Kard. Kasper powiedział też, że kiedy modlitwa ta mówi o konwersji, należy pamiętać, że ustęp ten odnosi się do końca czasów i że Kościół nie ma w stosunku do żydów „misji”, jaką ma w stosunku do pogan. Wyraźnie podkreślił, że nie powinniśmy traktować żydów tak jak wszystkich innych. Zapewnił też, że Kościół nie zamierza próbować nawracać żydów. Gdy czytamy taki komentarz odnośnie do nowej modlitwy, żadne dodatkowe wyjaśnienia naszego stanowiska nie są potrzebne.

Nie powinniście więc uważać, że walka dobiegła końca.

Sobór i Msza

Powróćmy jednak do naszych rozważań na temat soboru. Jednym z głównych narzędzi, które posłużyły do wprowadzania do Kościoła nowych idei, była Msza. Ludzie ci skonstruowali nową Mszę, przez którą wierni mieli najbardziej bezpośredni kontakt z soborem. Kto z wiernych czytał kiedyś dokumenty soborowe? Myślę, że bardzo nieliczni. W jaki sposób przeciętny katolik zetknął się więc z soborem? W jaki sposób wpłynął on (sobór) na jego życie? Poprzez Mszę. Duch Kościoła wywiera praktyczny wpływ poprzez liturgię. To właśnie nowa liturgia przyniosła wiernym współczesne koncepcje, które wkroczyły do Kościoła podczas soboru.

Jedną z głównych idei kryjącą się za nową Mszą jest ekumenizm. Ekumenizm, lekceważąc wymogi miłosierdzia, mówi, że nie wolno nam urażać naszych błądzących bliźnich, konsekwentnie powinniśmy usunąć w wyrazu naszej wiary, z liturgii, każde sformułowanie „obraźliwe” dla naszych „braci odłączonych”. To właśnie czyni nowa Msza. W rezultacie ci, którzy nadal uczestniczą w tej Mszy, stopniowo tracą wiarę. Stają się oni bardziej protestanccy, niż sami protestanci.

W ten właśnie sposób wiele osób zaraziło się zasadami nowej teologii. Początkowo mogło się być zszokowanym Komunią na rękę – ale przecież „wszyscy to robią”. Potem, krok po kroku, skoro przyjmujecie Pana Jezusa do rąk na stojąco, dochodzicie ostatecznie do przekonania, że nie jest On waszym Panem. Przecież gdyby naprawdę był On Bogiem, padalibyście na kolana, by oddać Mu cześć – nie bralibyście Go w swoje ręce. Kiedy bowiem bierzecie coś w ręce, to wy macie nad tym kontrolę. „Mieć coś w garści” oznacza mieć coś pod kontrolą. Jedynym, kto ma przywilej „trzymania” Pana Jezusa, jest kapłan. Jedną z najbardziej zdumiewających władz kapłana jest zdolność do wzywania Zbawiciela i czynienia Go obecnym pod postaciami chleba i wina. Bóg dał tę władzę kapłanowi i nikomu innemu. Jest to tylko jeden z przykładów, w jaki sposób w wyniku owych nowych zwyczajów uległa zmianie sama wiara. Stara liturgia jest pełna takich małych, lecz znaczących postaw, gestów i słów.

Stara Msza nazywana jest niekiedy „trydencką”, które to słowo odnosi się do Soboru Trydenckiego. Jednak Mszę taką, jaką znamy, znaleźć można już w sakramentarzach św. Leona i św. Grzegorza Wielkiego w VI wieku. Najmłodsze modlitwy wprowadzone zostały do liturgii rzymskiej z rytu mozarabskiego w wieku XI, jednak modlitwy ofertorium sięgają VI wieku. Powinniście być więc ostrożni z używaniem terminów takich jak „Msza św. Piusa V” czy „Msza trydencka”, gdyż liturgia ta jest w rzeczywistości znacznie starsza. Powinniście raczej mówić „Msza Wszechczasów” albo „tradycyjna Msza”. Jest ona nazwana Mszą trydencką lub Mszą św. Piusa V, ponieważ w tym czasie niektórzy biskupi mieli prawo dodawania modlitw do liturgii Mszy. Sobór Trydencki nakazał więc opracowanie nowej edycji Mszału, aby oczyścić go z tych dodatków. Na tym właśnie polegało dzieło św. Piusa V, który, kierując się wielką mądrością, uczynił coś wyjątkowego w historii Kościoła: wydał dekret zezwalający każdemu kapłanowi odprawiać Mszę przez niego kanonizowaną aż do końca czasów, bez zaciągania jakiejkolwiek kary z tego powodu. Nigdy nie słyszano o drugim takim przypadku. Moglibyśmy powiedzieć, że w jakiś sposób miał on wizję przyszłości, dekretując coś, co będzie miało zastosowanie aż do końca czasów. Mówię tu o słynnej bulli Quo primum.

Niemniej kryzys postępuje na wszystkich poziomach. Jeśli porównacie Kościół przed soborem z Kościołem obecnym, uświadomicie sobie, że nie pozostawiono nic nietkniętego. Liczni księża usiłowali reagować. Przypadek abp. Lefebvre’a jest dobrze znany, choć nie był on jedynym, który reagował podczas soboru. (...)

W roku 1988, w czasie konsekracji biskupich, Rzym chciał położyć kres opozycji wobec soboru – jestem zmuszony stwierdzić, że nic się w tym względzie nie zmieniło. W trakcie wszystkich moich rozmów z Rzymem nie zauważyłem nigdy niczego, co wskazywałoby, że ludzie ci uważają, iż uczynili coś niewłaściwego i że powinni się z tego wycofać. Aż po dziś dzień chodzi im generalnie o to, by Bractwo ugięło się i zaakceptowało sobór. Potwierdza to również przebieg audiencji, jaką miałem u Jego Świątobliwości Benedykta XVI. Był to jeden z najbardziej szczerych momentów audiencji: otóż dla papieża niewyobrażalne jest istnienie katolika, który nie byłby przepojony ideami II Soboru Watykańskiego. Użył nawet sformułowania „Kościół Vaticanum II”. – Nie znam tego Kościoła, znam jedynie Kościół katolicki.

To nowomowa. Czy słyszano, by ktokolwiek mówił kiedyś o „Kościele trydenckim” czy „Kościele nicejskim”? Był jedynie Kościół katolicki. Pojawienie się określenia „Kościół Vaticanum II” sugeruje, że miał miejsce nowy początek. Myślę, że jesteśmy w stanie zrozumieć, dlaczego ktoś mógłby postrzegać to jako nowy początek, jest to jednak zły początek.

We wszystkich rozmowach, jakie prowadziliśmy z Rzymem, bardzo jasne było, że nawet jeśli nie mówiliśmy wprost o soborze, zawsze majaczył on gdzieś w tle. Rzym będzie się od nas domagał, byśmy w pewien sposób (...) zaakceptowali Vaticanum II, być może „w świetle Tradycji”, być może pod takim czy innym warunkiem. Na pewno jednak warunek taki zostanie postawiony. Oni są bardzo wytrawnymi politykami. Co oznacza zaakceptowanie Vaticanum II? Traktując to jako całość, jest to mieszanina [prawdy i fałszu]. Nie chcemy mieszaniny; chcemy Kościoła katolickiego i wszystkiego, co od niego pochodzi, czyli Tradycji: tego, co Kościół zawsze nauczał i w co wszędzie wierzył.

Rzym w roku 2008

Z jednej strony przyjmuje się obecnie w Rzymie – przynajmniej papież i kilku kardynałów – że mamy do czynienia z kryzysem, nawet jeśli od czasu do czasu mówi się coś przeciwnego i wspomina o dobrych owocach Vaticanum II. Jednak wypowiedzi takie wydają się bardziej kwestią polityki, niż wyrazem ich prawdziwych przekonań. Zazwyczaj, kiedy możemy z nimi poważnie porozmawiać, przyznają, że sytuacja jest zła. Niekiedy próbują znaleźć jakieś pocieszenie i wspominają młodych ludzi oraz ich zainteresowanie poważnymi kwestiami. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że to mało przekonujące, tak więc uznają istnienie kryzysu.

Na kilka dni przed swym wyborem Ojciec Święty porównał Kościół do tonącej łodzi. To poważna sprawa – powiedzieć, że Kościół tonie, ponieważ jak wiemy otrzymał on od samego Zbawiciela obietnicę niezniszczalności i tego, że trwać będzie aż do końca świata. Tak więc kard. Ratzinger miał na myśli, że sytuacja naprawdę jest poważna. Z jednej strony ludzie ci uznają, że sytuacja jest poważna, z drugiej jednak uznanie prawdziwej przyczyny tego stanu rzeczy wydaje się im niemal niemożliwością.

Usiłowałem kiedyś wyjaśnić kard. Mayerowi, w jaki sposób sprawowana jest obecnie władza w Kościele. Powiedziałem, że hierarchia została całkowicie sparaliżowana. Jest sparaliżowana, ponieważ gdy tylko ktoś musi wykonać jakiś akt rządzenia, jest natychmiast neutralizowany przez grupy, komisje i rady. Jest tak na poziomie papieża, biskupów i księży parafialnych. Rady parafialne, rady kapłańskie, synody etc. Powiedziałem, że sytuacja jest nieznośna i że źródłem tego jest kolegializm. Zaskoczyło go to spostrzeżenie: „Ma ksiądz całkowitą słuszność”. Nie trwało to jednak długo, ponieważ kiedy nacisnąłem go trochę bardziej i powiedziałem: „Tak więc, jak widzicie, źródła kryzysu w Kościele można znaleźć w soborze”, odpowiedział: „Nie, nie. Jesteście w błędzie. Kryzys w Kościele ma miejsce, ponieważ zasady soboru nie zostały wcielone w życie”. Taka była jego odpowiedź. Jeśli po czterdziestu latach reform przeprowadzanych w imię soboru mówi się nam, że kryzys ma miejsce, ponieważ zasady soboru nie zostały wdrożone, uznają przez to swą porażkę. My jednak uważamy, że sobór został wdrożony w życie aż nazbyt dobrze.

Przy innej okazji przedstawiłem moje argumenty odnośnie kryzysu kard. Castrillónowi i powiedziałem: „Te błędy obligują nas do poszukiwania ich źródła. I musimy szukać tych powodów wewnątrz Kościoła”. Kardynał zripostował, że powodem kryzysu jest świat. Świat staje się coraz gorszy, stąd pogarsza się również sytuacja w Kościele. Argument ten nie jest całkowicie pozbawiony słuszności. Jeśli rozglądniemy się wokół, możemy stwierdzić, że problemy występują nie tylko w Kościele, ale i w świecie. Również tam odnaleźć można te same błędy, które rujnują Kościół.

Jest jednak pewien problem: Kościół zawsze zdawał sobie sprawę z tego, że świat jest zły. Kościół nazywa się wojującym nie bez powodu, zawsze zwalczał błędy, które pochodziły ze świata. A jednak w swej mowie otwierającej sobór papież prosił, by okna Kościoła otwarte zostały na świat.

Przypuśćmy, że zauważycie, że dywan w waszym pokoju jest całkowicie przemoczony. Patrzycie bliżej i zauważacie, że okna są otwarte, a właśnie była burza. Wyciągnęlibyście wniosek, że dywan jest mokry z powodu burzy, jednak prawdopodobnie chcielibyście też wiedzieć, kto zostawił otwarte okno.

Otworzono okna na świat. Nadciągnęła burza, wtargnęła do Kościoła i zalała go swymi błędami. Kiedy obecnie ludzie ci obwiniają świat o kryzys, to tak, jakby mówili, że to wszystko wina burzy. Oczekiwalibyśmy od nich przynajmniej tego, by zamknęli okna. Jednak nie; okna są nadal otwarte, nadal więc napływa woda. Stąd nic dziwnego, że mówi się nam, iż okręt tonie!

Tak wygląda obecnie sytuacja, nic się nie zmieniło. Mamy wrażenie, że ludzie ci są ślepi. A jednak powinni rozumieć – są inteligentni. Być może po prostu nie chcą dostrzegać tych rzeczy. Nawet nasz papież jest przekonany o konieczności otwarcia na świat. Sytuacja jest więc skomplikowana.

Rzym i Tradycja

Rzym uznaje, że Tradycja przynosi dobre owoce. Kard. Castrillón Hoyos, oddelegowany przez papieża do rozmów z nami, powiedział nam: „Owoce są dobre, więc jest tam Duch Święty”. „Co więc? – zapytałem go – skąd pochodzą te owoce?”. Odpowiedzią było milczenie. Widzą oni, że owoce są dobre, chcieliby więc wykorzystać nas w zwalczaniu kryzysu, którego istnienie obecnie uznają. Widzą też, że owoce z ich strony nie zawsze są dobre. Chcieliby, abyśmy się do nich przyłączyli. Planowali to od roku 2000. Chcieli, byśmy się do nich przyłączyli i pomogli im wydostać się z kryzysu. Oczywiście nie byłby to taki zły pomysł, gdyby w tym samym czasie nie obligowali nas do zaakceptowania Vaticanum II. Pragną, byśmy zaakceptowali to, co spowodowało obecne zło, a potem pomogli w rozwiązaniu tego problemu. Usiłowaliśmy im wytłumaczyć, że nic by to nie dało.

W pewnym momencie nie nadawaliśmy już na tych samych falach. Rzym absolutnie nie patrzy na nas w taki sposób, w jaki my sami siebie postrzegamy. Uważa nas za niegrzecznych chłopców; nie za heretyków, ale za upartych i pysznych chłopców, którzy chcą postępować na swój własny sposób. Tak więc oczywiście w ich oczach musimy ulec, być posłuszni i przyjąć Magisterium. Na to odpowiadamy: „Nie głosimy niczego, co byśmy sami wymyślili, czynimy jedynie to, co Kościół zawsze czynił”. Powiedziałem pewnego razu kard. Castrillónowi: „Proszę zapomnieć o Bractwie Św. Piusa X. Proszę zapomnieć o nas. Rozwiążcie własne problemy, a zobaczycie, że Bractwo nie stanowi już problemu”. Ω

Dokończenie w następnym numerze Zawsze wierni. Tłumaczył Tomasz Maszczyk. Tytuł pochodzi od redakcji.

Pozostałe części:

Przypisy:

  1. Trawestacja łac. Roma locuta, causa finita – ‘Rzym przemówił, sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta’.
Trawestacja łac. Roma locuta, causa finita – ‘Rzym przemówił, sprawa została ostatecznie rozstrzygnięta’.
Strona głównaKapliceKomunikaty duszpasterskieMultimedia„Zawsze Wierni”KontaktKsięgarnia wysyłkowa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X

© 1997—2017 Wydawnictwo Te Deum sp. z o.o.