Ofiarowanie N.M.Panny [3 kl.]

Inne serwisy:

Krucjata eucharystyczna
KOMUNIKATY
Św. Pius X Rekolekcje ignacjańskie Mały modlitewnik łaciński Krucjata różańcowa Filozofia św. Tomasza z Akwinu Katecheza DVD dla kapłanów Mszalik codzienny
Zawsze wierni nr 5/1997 (18)

Rok po konsekracjach

Wywiad z abp. Marcelem Lefebvre, cz. I

Dlaczego konsekracje?

— Może dobrze byłoby przypomnieć dlaczego i w jakim celu Wasza Ekcelencja podjął ową doniosłą decyzję o konsekracji biskupów, gdy wiadomo było wówczas, że spowoduje to gwałtowną reakcję ze strony Rzymu. Ekcelencja zaakceptował w ten sposób ryzyko bycia ekskomunikowanym, lub bycia odrzuconym jako schizmatyk, ponieważ Waszym życzeniem było zagwarantowanie, poprzez te konsekracje, że kapłaństwo i sakramenty będą kontynuowane i przekazywane potomnym.

Arcybiskup Lefebvre: Tak, oczywiście, decyzja ta musiała być przygotowana. Decyzji nie podjąłem z dnia na dzień. Już od wielu lat próbowałem wytłumaczyć Rzymowi, że skoro ja postępuję w latach, muszę zapewnić swoją sukcesję. Muszę zapewnić, że ktoś któregoś dnia zajmie moje miejsce. Nie można mieć seminariów i seminarzystów bez biskupa. Ludzie również mają potrzebę posiadania biskupa, w celu przekazywania im Wiary oraz sakramentów, w szczególności sakramentu bierzmowania. W Rzymie bardzo dobrze zdawali sobie z tego sprawę. Wspominałem o tym wielokrotnie, aż w końcu ogłosiłem to publicznie. Nikt w Rzymie nie może twierdzić, że działałem z zaskoczenia, że złapało ich to w nieświadomości, albo że działałem z ukrycia. Byli jasno ostrzegani, wiele lat wcześniej, listami i nagraniami moich kazań, które mieli w swoich rękach, a także listem biskupa de Castro Mayera i moim zaadresowanym do Ojca Świętego.

Myślę, że to spowodowało pewną zmianę ich stosunku do nas. Obawiali się konsekracji biskupich, ale nie wierzyli, że faktycznie mógłbym to uczynić. Potem, 29 czerwca 1987 r., gdy mówiłem o tym publicznie, kardynał Ratzinger był mimo wszystko trochę zaniepokojony. W Rzymie rzeczywiście się obawiano, że mogę faktycznie dokonać konsekracji biskupów, i wówczas podjęli oni decyzję bycia nieco bardziej otwartymi na to, o co zawsze prosiliśmy, to znaczy na Mszę, Sakramenty, nabożeństwa papieskie zgodne z rytem Jana XXIII z 1962 r. W tym momencie wydawało się, że nie będą domagać się od nas zastosowania się do Soboru Watykańskiego Drugiego. Nie wspominali o tym, a nawet napomnkęli o możliwości wyznaczenia biskupa, który byłby moim następcą.

Było to w oczywisty sposób coś istotnego, radykalna zmiana z ich strony. Powstało pytanie, co powinienem uczynić. Pojechałem do Rickenbach, aby zobaczyć się z Przełożonym Generalnym i jego asystentami, by zapytać: co myślicie? Czy powinniśmy przyjąć podawaną nam dłoń? czy też odmówimy?

Ja osobiście – powiedziałem – nie mam do nich zaufania. Przez lata kontaktowałem się z tymi ludźmi i widziałem w jaki sposób działają. Nie mam już do nich zaufania. Jednakże, nie chciałbym, aby ludzie z Bractwa i z ośrodków Tradycji później mówili potem: mogłeś po prostu spróbować, nic by cię nie kosztowało, aby wejść w dyskusję i dialog.

Była to też opinia Przełożonego Generalnego i jego asystentów. Powiedzieli oni: „Musisz rozważyć przedłożoną Ci propozycję i jej nie pomijać. Wciąż jeszcze rozmowa z nimi ma swoją wartość”.

Tym samym zgodziłem się na spotkanie z kardynałem Ratzingerem i mocno się upierałem, że ktoś powinien przyjechać i dokonać wizytacji Bractwa. Sądziłem, że wizyta taka dałaby korzyść w postaci oczyszczenia Tradycji [z zarzutów], a jednocześnie jej owoce byłyby dostrzeżone. Sądziłem, że to mogłoby wzmocnić naszą pozycję w Rzymie, i że ewentualne prośby o kilku biskupów i komisję w Rzymie dla obrony Tradycji miałyby większe szanse na spełnienie.

Już wkrótce, jednakże, zdaliśmy sobie sprawę, iż mamy do czynienia z ludźmi nieuczciwymi. Zaraz po wizycie, jak tylko kardynał Gagnon i msgrPerl wrócili do Rzymu, odczuliśmy ich pogardę. Kardynał Gagnon złożył deklaracje w prasie, które były niesamowite. Według niego, 80% naszych ludzi opuści nas, jeżeli dokonam konsekracji biskupów. My oczekiwaliśmy zrozumienia, Rzym poszukiwał porozumienia i rozpoznania przez nas naszych błędów. Ci którzy wizytowali domy Bractwa stwierdzili, że, mimo wszystko, widzieli tylko obraz zewnętrzny, a sam Bóg widzi ludzkie serca, a tym samym, wartość wizyty jest taka jaka jest... Mówiąc w skrócie, mówili rzeczy, które nie mają nic wspólnego z tym, co uczynili i powiedzieli podczas samej wizyty. To wydawało się niewyobrażalne. Gdy tylko wrócili do Watykanu i poddali się złym wpływom Rzymu, przyjęli ponownie całą jego mentalność i skierowali ją na nas, gardząc nami po raz kolejny.

Mimo wszystko pojechałem do Rzymu na rozmowy, ale bez jakiejkolwiek wiary w ich sukces. Na początku stycznia [1988] napisałem do ks. Aulagnier:

Jestem przekonany, że 30 czerwca dokonam konsekracji biskupów. Będzie to rok biskupich konsekracji, ponieważ naprawdę nie mam do tych ludzi zaufania.

Mimo wszystko postanowiłem iść tak daleko, jak to tylko możliwe, aby pokazać, że mamy dobrą wolę. Tak więc, gdy znowu pojawiło się pytanie o Sobór, o którym nie chcieliśmy słyszeć, znaleźliśmy formułę porozumienia, która była na samej granicy tego, co mogliśmy zaakceptować.

Potem przyznano nam Mszę, Sakramenty i księgi liturgiczne, ale, co do Rzymskiej Komisji i konsekracji biskupów, nie chcieli przyjąć naszych próśb. Mogliśmy mieć tylko dwóch spośród siedmiu członków Rzymskiej komisji – bez przewodniczącego i bez wiceprzewodniczącego – a ja otrzymałbym tylko jednego biskupa, podczas gdy prosiłem o trzech. Było to już praktycznie nie do zaakceptowania. I gdy, jeszcze przed podpisaniem, spytaliśmy, kiedy moglibyśmy mieć biskupa, odpowiedź była wymijająca i pusta. Nie wiedzieli. Listopad? – nie wiedzieli. Boże Narodzenie? – nie wiedzieli... Niemożliwością było uzyskać datę.

Wówczas właśnie, po podpisaniu protokołu, który utorował drogę porozumieniu, usiadłem i zacząłem rozmyślać. Nagromadzenie niedowierzania i powściągliwości skłoniły mnie do żądania mianowania biskupa do dnia 30 czerwca, spośród trzech kandydatur, które złożyłem w Rzymie 5 maja. Albo to, albo dokonam konsekracji. W obliczu takiego wyboru, kardynał Ratzinger powiedział: „Jeśli tak, to protokół jest nieważny. Sprawa zakończona i nie będzie więcej protokołów. Wasza Ekcelencja zrywa nasze stosunki”. On to powiedział, nie ja.

20 maja napisałem list do Ojca Świętego, wyjaśniając mu, iż podpisałem protokół, ale upieram się przy posiadaniu biskupów i zrealizowaniu tego do 30 czerwca 1988 r.

Ale faktycznie nie było drogi do porozumienia. Gdy postawiłem kardynała Ratzingera przed tą alternatywą, i gdy mówił, że dałby nam biskupa do 15 sierpnia, prosił mnie o więcej kandydatur, tak aby Stolica Apostolska mogła wybrać biskupa, który spełniałby wymogi określone przez Watykan. Dokąd by nas to doprowadziło?

Zdając sobie sprawę z niemożliwości znalezienia porozumienia, 2 czerwca napisałem ponownie do Papieża:

Kontynuowanie naszych rozmów i kontaktów jest bezcelowe. Nie mamy tego samego celu. Wasza Świątobliwość pragnie naszego pogodzenia się z Soborem, my natomiast chemy, aby zrozumiano nasze stanowisko. Pragniemy kontynuować Tradycję, tak jak to obecnie czynimy.

Wszystko się skończyło. Stało się to wówczas, gdy podjąłem decyzję o zorganizowaniu konferencji prasowej 15 czerwca, ponieważ nie chciałem działać potajemnie. Nie może istnieć trwała Tradycja bez tradycyjnych biskupów. To abosolutnie niezbędne. Oto dlaczego Bractwo Św. Piotra oraz wspólnota z le Barroux znajdują się jakby w krainie czarów, ponieważ nie mają tradycyjnych biskupów.

Biskup dla Bractwa św. Piotra?

— Mówi się dużo o tym, iż Bractwo Św. Piotra mogłoby dostać biskupa.

Jakiego biskupa? Biskupa, który spełni wymogi Watykanu? W takim wypadku będą mieć biskupa, który powoli, powoli doprowadzi ich do Soboru – to oczywiste. Nigdy nie otrzymają biskupa, który w pełni jest prawdziwym Tradycjonalistą, przeciwnym błędom Soboru i posoborowych reform. Oto dlaczego Bractwo Św. Piotra nie podpisało faktycznie tego samego protokołu, który myśmy podpisali, ponieważ nie mają biskupa. Protokół, który podpisałem z kardynałem Ratzingerem stwierdzał, iż moglibyśmy mieć biskupa. Stąd Rzym, w pewien sposób, zaaprobował nominację biskupa. Ludzie mówią nam: odmówiliście posłuszeństwa Ojcu Świętemu. Odmówiliśmy częściowo, ale nie w sposób fundamentalny. Kardynał Ratzinger potwierdził nam pisemnie prawo posiadania biskupa jako członka Bractwa. Prawdą jest, że konsekrowałem czterech. Ale sama zasada posiadania jednego lub wielu biskupów była nam zagwarantowana przez Ojca Świętego. Do czasu stwierdzenia czegoś przeciwnego, ci którzy nas opuścili nie otrzymali ani biskupa, ani przedstawicielstwa w rzymskiej komisji, tak więc sami związali swoje ręce i nogi, oddając się na łaskę i niełaskę progresistów. W tych warunkach nigdy nie będą w stanie zachować Tradycji. Mówią, że otrzymują wszystko czego potrzebują, ale oni tylko sami siebie oszukują.

Myślę, że posiadanie biskupów było moim obowiązkiem oraz koniecznością dla wiernych i seminarzystów.

Innymi słowy, nie sądzę, aby było możliwe zachowanie przez określoną społeczność wierności Wierze i Tradycji, jeżeli biskupi nie mają Wiary i nie uznają Tradycji. To niemożliwe. Cokolwiek by nie mówić, Kościół w pierwszym rzędzie i najbardziej opiera się na biskupach. Jeżeli nawet księża myślą na swój sposób, są oni pod wpływem biskupów. Jakkolwiek na to nie spojrzeć, to biskupi ustanawiają księży, kierują nimi, czy to w seminariach, czy przez kazania, czy też podczas rekolekcji lub na wiele innych sposobów. Nie jest możliwym zachowanie Tradycji za pomocą postępowych biksupów.

Ponieważ nie mieliśmy innego wyjścia, jestem dziś szczęśliwy, iż mamy zapewnione posiadanie biskupów, którzy trwają przy Tradycji katolickiej i zachowują Wiarę. A Wiara ta nie jest chorągiewką na wietrze. Nie jest to jakaś błahostka. Nie należy jej bagatelizować.

„Lefebvre powinien był pozostać w Kościele”

— Niektórzy ludzie mówią: „Tak, ale arcybiskup Lefebvre powinien był zaakceptować porozumienie z Rzymem, ponieważ gdyby Bractwo Św. Piusa X było uznane, a suspendowanie cofnięte, mógłby działać bardziej efektywnie wewnątrz Kościoła, podczas gdy teraz ustawił się poza Kościołem”.

Łatwo tak powiedzieć. Pozostać w Kościele, lub ustawić się poza Kościołem – co to oznacza? Po pierwsze, o jakim Kościele mówimy? Jeżeli mówimy o Kościele soborowym, wówczas my, którzy walczyliśmy przeciwko Soborowi przez dwadzieścia lat, ponieważ pragnęliśmy Kościoła Katolickiego, musielibyśmy dostosować się do Kościoła soborowego, aby, jak można by domniemywać, uczynić go katolickim. To kompletna iluzja. To nie podmiot ustanawia zwierzchność, ale zwierzchność ustanawia podmiot.

Pośród Rzymskiej Kurii, pośród postępowych biskupów z całego świata, byłbym zupełnie zagubiony. Nie byłbym w stanie nic zrobić, nie mógłbym uchronić ani wiernych, ani seminarzystów. Rzym mógłby mi powiedzieć: „W porządku, damy ci takiego to a takiego biskupa, aby dokonywał święceń, a seminarzyści niech mają profesora z takiej to a takiej diecezji”. To niemożliwe. W Bractwie św. Piotra mają profesorów pochodzących z diecezji augsburgskiej. Kim są ci profesorowie? Czego oni nauczają?

Niebezpieczeństwo schizmy?

— Czy Wasza Ekcelencja nie obawia się, że w końcu, gdy Pan Bóg powoła go do siebie, rozłam będzie krok po kroku się potęgować i staniemy przed problemem stawania się równoległym Kościołem, obok tego, co niektórzy nazywają „Kościołem widzialnym”?

Tego typu rozważania o „widzialnym Kościele” ze strony Dom Gerarda i pana Madirana to dziecinada. Nieprawdopodobnym jest mówić o „widzialnym Kościele” w rozumieniu Kościoła soborowego stojącego w opozycji do Kościoła Katolickiego, który staramy się reprezentować i kontynuować. Nie chcę powiedzieć, że my jesteśmy Kościołem Katolickim. Nigdy tego nie powiedziałem. Nikt nie może mi zarzucić, że kiedykolwiek choćby wyraziłem życzenie ogłoszenia się papieżem. Jednakże, prawdziwie reprezentujemy Kościół Katolicki, taki jaki był przedtem, ponieważ kontynuujemy to, co Kościół zawsze czynił. To my właśnie posiadamy atrybuty widzialnego Kościoła: Jeden, Święty, Powszechny i Apostolski. Oto co czyni Kościół widzialnym.

Pan Maridan oponuje: „Wszak oficjalny Kościół ma właśnie przywilej nieomylności”. Jednakże, co do nieomylności, musimy powiedzieć, tak jak swego czasu powiedział Ojciec Dulac w sugestywnej wypowiedzi dotyczącej papieża Pawła VI: „Gdy wiele lat temu Kościół miał kilku papieży, można było między nimi wybierać. Teraz jednakże mamy dwóch papieży w jednym”. Nie mamy wyboru. Każdy z papieży ostatnich czasów, to rzeczywiście dwóch papieży w jednym. W stopniu w jakim reprezentują Tradycję – Tradycję papieży, Tradycję nieomylności – jesteśmy w zgodzie z Papieżem. Jesteśmy z nim w łączności w takim stopniu, w jakim kontynuuje on dziedzictwo św. Piotra, i z powodu obietnic nieomylności jemu właśnie danych. To my właśnie jesteśmy złączeni z jego nieomylnością. On sam, nawet jeżeli w pewnych sprawach niesie ze sobą papieską nieomylność, to jednak jego intencje i idee są temu przeciwne, ponieważ on nie chce mieć już do czynienia z nieomylnością. Nie wierzy w nią i nie dokonuje aktów przypieczętowanych piętnem nieomylności.

Oto dlaczego chcieli, aby Sobór Watykański II był soborem pastoralnym, a nie dogmatycznym, ponieważ nie wierzą w nieomylność. Nie chcą definitywnej Prawdy. Prawda winna żyć i ewoluować. Może więc zmieniać się z czasem, w zależności od wydarzeń historycznych, od postępu wiedzy, itd... podczas gdy nieomylność ustanawia formułę raz i na zawsze, pieczętuje Prawdę piętnem niezmienności. Oto w co nie mogą uwierzyć, i oto dlaczego jesteśmy zwolennikami nieomylności, a Kościół soborowy jest temu przeciwny. Kościół soborowy jest przeciwnikiem nieomylności – to oczywiste.

Kardynał Ratzinger jest przeciwnikiem nieomylności. Papież jest przeciwnikiem nieomylności ze względu na swoją formację filozoficzną. Proszę mnie dobrze zrozumieć! – Nie jesteśmy przeciwni Papieżowi w takim stopniu, w jakim on reprezentuje wszystkie wartości Stolicy Apostolskiej, które są niezmienne, które są wartościami Stolicy Piotrowej, ale jesteśmy przeciwni Papieżowi w takim stopniu, w jakim jest on modernistą, który nie wierzy w swoją własna nieomylność, który praktykuje ekumenizm. Oczywiście, jesteśmy przeciwni Kościołowi soborowemu, który jest praktycznie schizmatycki, nawet jeżeli sam temu zaprzecza. W praktyce, jest to Kościół właściwie ekskomunikowany, ponieważ jest to Kościół modernistyczny. My jesteśmy tymi ekskomunikowanymi podczas gdy i ponieważ chcemy pozostać katolikami, ponieważ chcemy trwać przy katolickim papieżu wraz z katolickim Kościołem – na tym polega różnica.

Co do pana Madirana, który skądinąd dobrze panuje nad sytuacją, powiedzenie, że nie jesteśmy „widzialnym Kościołem” – że odchodzimy od „widzialnego Kościoła”, który jest nieomylny – to tylko słowa, które nie odpowiadają rzeczywistości. cdn.

Wywiad ten ukazał się w lipcowo-sierpniowym (1989 r.) wydaniu magazynu Bractwa Św. Piusa X we Francji „Fideliter”. Zawiera on jasną i głęboką analizę stanowiska oficjalnego Kościoła i jego stosunku do Bractwa.

Pozostałe części:

Strona głównaKapliceKomunikaty duszpasterskieMultimedia„Zawsze Wierni”KontaktKsięgarnia wysyłkowa

Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X

© 1997—2017 Wydawnictwo Te Deum sp. z o.o.